„Aquaman”. Tak widowiskowego filmu od czasu „Avatara” w kinach nie było!

Przełom roku przyniósł nam mnóstwo kinowej i niespodziewanie dobrej rozrywki. „Aquaman”, czyli filmowa wersja popularnego komiksu o mniej popularnym bohaterze dostarczyła nam nie tylko ogromu wrażeń wizualnych, ale przede wszystkim frajdy.

Dawno, ale to naprawdę dawno nie bawiłem się tak dobrze, jak podczas oglądania tego filmu. Bo musicie wiedzieć, że macie do czynienia przede wszystkim z kinem przygodowym.

Ok, czytając moją opinię o „Ragnaroku” stwierdzicie, że przecież „dopiero co” zachwycałem się nową, trzecią odsłoną przygód Thora. Jasne – tyle, że w przypadku filmów o synu Odyna sprawa była prosta; poprzednie dwie części były tak kiepskie, że podczas oglądania widz zastanawiał się, czy czasem nie ma cukrzycy. Tak szybko zasypiał podczas oglądania. Dopiero trzecia część stanowiła nowe podejście do tematu. Odważne i zabawne, co sprawiło, że mieliśmy do czynienia z jedną z najlepszych komedii przygodowych 2017 roku.

Tymczasem „Aquaman” to – mimo równie komiksowego rodowodu – inna liga. Jest niewymuszonym kinem przygodowym z naprawdę fajnym bohaterem, z rozszalałą warstwą wizualną stanowiącą ziszczenie marzeń i snów najdzikszych ilustratorów. I co ciekawe jest przy tym spójną, zamkniętą historią, która mimo rozbuchanej warstwy wizualnej nie przesłania nam głównego bohatera i jego historii.

Aquaman, jako przyszły król Atlantydy nie ma lekko. Urodzony jako owoc miłości latarnika i królowej podmorskiego królestwa Arthur Curry jest dzikusem, któremu bliżej do bandy Wikingów, niż jego rówieśników. Problem w tym, że pewnego dnia królowa zostaje porwana w otmęty i wydana Otchłańcom, czyli jednej z podmorskich ras. A powiem wam, że sceny z nimi są srogie, oj srogie! To, jak wizualnie jest to ogarnięte, to po prostu coś niesamowitego!

Curry ma swój urok, roztacza fajną aurę, która sprawia, że lubimy tego gościa jeszcze zanim coś powie. A jeśli mówi to konkretnie, krótko acz mięsiście. Czyli taki bohater, jakiego potrzebowałby Jerzy Hoffman, gdyby kręcił remake swojego „Ogniem i mieczem”. Wcielający się w tytułowego bohatera Jason Momoa jako Aquaman jest po prostu obłędny! Facet jest tak świetny, że można go łyżką koparki jeść!

A bohater jest naprawdę niekiepski. W sumie nie możesz go zabić, co czyni go praktycznie bogiem. Ma nadludzką siłę, co czyni go praktycznie bogiem. Gada ze stworzeniami morskimi, co czyni go praktycznie bogiem. Jest dzieckiem dwóch światów, co już niekoniecznie czyni go bogiem, ale jeśli przypomnimy sobie historię innego „Mana”, Jezusa – to w sumie możemy uznać, że podwójne pochodzenie też czyni z Curry`ego boga. No. Aha, w międzyczasie pomaga światu mórz i oceanów czynić dobro. Jest kimś w rodzaju wodnego Supermana, no nie ma co ukrywać.

Tyle, że podczas jednej z misji ratunkowych stworzył sobie wroga. No niepotrzebnie, ale co zrobić, gdy mamy bohatera nieokrzesanego, takiego co to najpierw zrobi, a potem pomyśli.

Ot, żyję to popiję, w międzyczasie wrogów pobiję i tak dalej i tam tego. A tymczasem pod powierzchnią oceanu pełną parą idą przygotowania do wojny z ludźmi. Curry ma to wszystko w dupie, bo czemu nie?

Dopiero wywołany gniewem Orma, atlantydzkiego pretendenta do tronu sztorm pustoszący przybrzeżne miasta oraz wizyta małej syrenki powoduje, że bohater rusza w otchłań i dotrzeć do Atlantydy. Miejsca, którego powinien być władcą. Rozpoczyna się historia dojrzewania prostego chłopaka, który chce żyć dotychczasowym życiem, choć przeznaczenie domaga się czegoś innego.

I zaczyna się istna orgia kolorów, akcji, kreatur –  no spełnienie marzeń dużego chłopca i małych syrenek!

Do tej pory wydawało się, że to „Avatar” jest szczytowym osiągnięciem, jeśli chodzi ukazanie bogactwa i piękna przedstawianego świata. Teraz to filmowa Atlantyda jest takim miejscem.

Szalona, nieokiełznana wyobraźnia reżysera Jamesa Wana, który dał wolną rękę plastykom, sobie samemu, no całemu filmowemu światu oszałamia!

Czego tu nie ma! Jest Ivan Drago, są rekiny bojowe, niezwykle widowiskowe walki, olśniewające projekty pojazdów, miast, potężne kraby, kontrolowany kicz, grająca na bębnach potężna ośmiornica, pędząca na złamanie karku akcja i poszukiwanie trójzębu Posejdona na Saharze!

Jest wszystko, czego tylko potrzebujecie. A jeśli myślicie, że to koniec, to twórcy filmu i tak dołożą wam jeszcze więcej.

Najciekawsze, że w tym natłoku kreowanego świata wszystko ma swoje miejsce i nie gubimy akcji i bohaterów. Kadry są prześliczne, a ekologiczne przesłanie filmu sprawia, że nawet zgadzamy się z Ormem, który chciał walczyć z ludźmi.

Ta prosta historia człowieka, który jest owocem dwóch światów jest trochę bliska nam, ludziom, którzy mając jakieś swoje marzenia polubili swoje dotychczasowe życie. Znajomych, przyjaciół.

I kiedy nagle okazuje się, że nasz świat przewraca się do góry nogami próbujemy jakoś go zrozumieć, czasem wycofać się, aby na końcu zawalczyć o pogodzenie dwóch wydawałoby się nieprzystających do siebie światów. I okazuje się, że może być fajnie.

Podsumowując: otrzymaliśmy fantastyczne widowisko, które bogactwo możemy ocenić dopiero w odniesieniu „Avatara”. „Aquaman” to prosty film, który chwyta nas za twarz, rzuca o glebę i zostawia nas w tym stanie przez długi czas.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)


Fatal error: Cannot redeclare td_comment() (previously declared in /home/przemosa/domains/mojcodziennik.pl/public_html/wp-content/themes/Newspaper/comments.php:111) in /home/przemosa/domains/mojcodziennik.pl/public_html/wp-content/plugins/td-composer/legacy/common/wp_booster/comments.php on line 194