Dzisiejsza kinematografia zaczyna sprowadzać się do sequeli, prequeli, rebotoow, spinofów. Kolejne warianty tej samej opowieści sprowadzają nas do bezmyślnych konsumentów popkulturalnej pulpy.

Są jednak takie kontynuacje, które dają czystą, niczym nie ujarzmioną rozkosz dla zmysłów. Zaskakujące, że dzieje się to podczas odbierania filmu, który takiego sequela nie wymagał.

Decyzja o dalszym opowiedzeniu świata „Blade Runnera” była misją nie tyle karkołomną, co wprost niemożliwą. Film Ridleya Scotta z 1982 roku był spójnym utworem o niełatwej tematyce, zmaganiem się z pytaniami o własną tożsamość, prawo do decydowania o życiu innych, czy sens uczucia w bezdusznym świecie korporacji. Ten niełatwy film jest zamkniętą historią niewymagającą kontynuacji.

Tymczasem 35 lat później wchodzi na ekrany „Blade Runner 2049” stanowiący rozkosz dla zmysłów. Nie waham się stwierdzić, że oglądanie tego filmu to przywilej i wyróżnienie, podczas którego czujemy zachwyt towarzyszący nam od pierwszej do ostatniej minuty filmu.

Nie byłem zbytnim zwolennikiem pierwszego filmu. Był dla mnie po prostu nudny. Zresztą w swoim czasie większość widzów uznała ten film za zwyczajnie niewarty oglądania, niewarty uwagi. Trzeba było lat by tytuł został uznany za arcydzieło gatunku.
Hmmm… Jeśli pierwowzór uznany został za arcydzieło, nie wiem jak nazwać jego piękną kontynuację…

Egzaltuję się jak dzieciak, bo dawno nie oglądałem tak zrealizowanego filmu. Z takim szacunkiem dla oryginału, ale i z odwagą by pójść własną drogą. Tak pieczołowicie zrealizowanego, z tak wielkim ładunkiem miłości dla filmu.

Och, skoczyło mi nieco ciśnienie, a powinienem zachować trzeźwy umysł, przynajmniej po to, by opowiedzieć Wam tym filmie. Dajcie mi chwilę…

Fabuła filmu jest prosta, ale sposób jej opowiedzenia to majstersztyk. Funkcjonariusz K, grany przez świetnie obsadzonego Ryana Gosling jest replikantem, którego życie w większości sprowadzone jest do „wysyłania na emeryturę” podobnych jemu androidów, które z pewnych powodów nie chciały się w przesżłości podporządkować swoim stwórcom. Podczas jednej z takich misji K trafia na ślad zdarzenia, które- jeśli zostanie ujawnione- doprowadzi do wywrócenia do góry nogami zastanego porządku. Dla dobra wszystkich będzie, jeśli tajemnica nią pozostanie. Tymczasem funkcjonariusz K zaczyna zastanawiać się nad swoją rolą w wydarzeniach, staje się samoświadomy. W celu choćby częściowej odpowiedzi na pojawiające się pytania rozpoczyna poszukiwania znanego z pierwszego filmu funcjonariusza Deckera.

I tyle powinno nam wystarczyć.

Ta zmysłowa uczta jest nie tylko festiwalem światła, wizualizacji, projektów, inscenizacji i muzyki ilustrującej bogaty świat, w którym danej jest nam się zanurzyć.

Mimo, iż wielki, „Blade Runner 2049” jest filmem kameralnym. Cichym. Skupiającym się na moralnych dylematach, potrzebą akceptacji, czy chęcią zrozumienia siebie, swoich początków i tym, co wpływa na dzisiejsze postrzeganie rzeczywistości.

Reżyser Denis Villeneuve (w końcu wspomniałem o nim) słusznie zwraca uwagę, że wizualna uczta, te niebywałe składniki, z jakich skomponowany jest ten film, że o potrawie stanowi nie tylko jej wygląd, ile jej smak i przyprawy. A w przypadku „BL2049” fundamentem jest wolna wola i to, jak może ona zdefiniować nasze człowieczeństwo. To, czy dotyczy to androida, czy człowieka nie jest aż tak istotne.

Można to porównać do dylematów rodzica kochającego i wychowującego dziecko, które nie jest jego biologicznym potomkiem.

Oglądając ten film musicie koniecznie poznać nazwisko Rogera Deakinsa odpowiedzialnego za zdjęcia. Praca tego człowieka jest… no nie ma co się powtarzać. W każdym razie ten mistrz oświetlenia i komponowania ujęć nie poszedł na łatwiznę. Nie skopiował wizualnego stylu pierwszego „BR”, choć na początku możemy tak pomyśleć. Deakins potraktował ten pierwotny świat po prostu jako punkt wyjścia na bazie którego można budować własne wizje. Powiem tak: jeśli ten artysta nie otrzyma za swoje dzieło Oscara, to cała ta akademia filmowa może się rozwiązać i iść do domu.

Jeśli miałbym na coś narzekać byłby to brak złoczyńcy. W pierwszym filmie mamy do czynienia zmęczonego wszystkim agenta Deckarda, który poluje na bezlitosnego androida Roya Battyego. Jednak sprowadzenie Battyego do postaci li tylko złoczyńcy byłoby niesprawiedliwe. Przecież ten android walczy o swoje prawo do istnienia, ma swój system etyczny. Czuje.

Tego w „Blade Runnerze 2049” brak. Wydaje się, że tak naprawdę wszystko sprowadzone jest do studium dojrzewania funkcjonariusza K.

Są tacy, którzy uważają brak złego przeciwnika za istotną słabość filmu. Dla mnie jest to zamierzony cel jego twórców.

Wyniki finansowe BR2049 są złe. Trzeba to sobie powiedzieć. Prawdopodobnie film nie zbilansuje się, co nie jest dobrą informacją dla nas, dla widzów. Okazało się, że większość widzów nie interesują dylematy moralne. Zawsze można narzekać na podłe czasy, w jakich przyszło nam żyć, że filmy o superbohaterach zepsuły masową widownię.

Tylko, że widzicie, to samo spotkało pierwszego BR. Klapa finansowa, artystyczna oraz zła atmosfera towarzysząca odbiorowi tego filmu korespondowała z tym, z czym mamy do czynienia w przypadku swojego wielkiego następcy.

Tak czy siak powstał pod każdym względem wielki. I trzeba sobie powiedzieć jasno, że jego nieobejrzenie w jakimś sensie zubaża.

„Blade Runner 2049” to oddech sztuki w świecie popkulturowej papki.

Przemek Saracen

 

Skomentuj

1 KOMENTARZ

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)