reklama na szczycie wpisu

Przyjęło się mówić, że norweska kuchnia jest dla zuchwałych, bo przecież SMALAHOVE, o którym możecie przeczytać TUTAJ, czy LUTEFISK to naprawdę wyzwanie dla podniebienia i żołądka.

Trzeba przyznać, że do tego grona dołączyć też trzeba SZTOKFISZA z Lofotów, który jest po prostu ohydny. No, ale to rzecz gustu. Dla mnie jest to ohydztwo i koniec.

Ale ja nie o tym.

Wielu znajomych pyta mnie, czym jest BRUNOST, który można kupić w zasadzie tylko w Norwegii.

To fakt. Ten oryginalny norweski wynalazek powstał jako coś w rodzaju produktu ubocznego przy okazji produkcji normalnego żółtego sera (który tutaj jest zwan hviteost, czyli białym serem, ale naszym żółtym serem), coś na zasadzie gumy do żucia, która początkowo była odpryskiem przy produkcji ropy.

Do rzeczy! Brunost jest typowo norweskim produktem i jest brązowy. „Brun” czyli brązowy, lub w tym przypadku miodowy w kolorze „ost” czyli ser.

Ponieważ jak wszystko co obce powoduje uprzedzenia, tak i w przypadku tego produktu wielu z nas nie chce go jeść. Może dlatego, że wg nas, Polaków tylko nasza kuchnia jest cudowna, a „Norki żrą byle gówno” (jak był uprzejmy określić to jeden z moich rodaków), a może po prostu niespotykany kolor powoduje ostrożność w jedzeniu tego sera. Albo to, że kosztuje więcej, niż kochany przez nas kneip. No nieważne.W każdym razie brunost jest wart spróbowania.

Ser ten zrobiony jest z serwatki. Dodaje się do niego mleko lub śmietanę, można też dodać dwa składniki równocześnie.

Jak to się dzieje, że toto jest brązowe?

Cud! A tak poważniej, to wszystko rozgrywa się podczas końcowego etapu produkcji. Zupełnie jak w dobrym filmie akcji. Podczas warzenia ciśnienie podnosi się, a laktoza krystalizuje się do momentu, w którym ser smakiem przypina leciunio karmel, a kolorem oczy mojej żony 🙂

Najpopularniejszy z brunostów to Gundbrandsdalost, którego historia sięga roku 1863 roku i został stworzony na bazie mleka koziego i krowiego. Ser ten nie jest zbytnio intensywny, zatem nie zabija smaku dodatków lub podstawy dania. Historia podaje, że ów brunost pochodzi bezpośrednio od pani Anne Haav, która przyrządzała pramatkę dzisiejszych „Gundów”.

Jak jemy brunost?

No właśnie, to zależy od tego w jakiej formie go kupimy. Może być to coś w rodzaju znanej nam nutelli, a może być to tradycyjna forma, czyli kostka.

Tak czy siak, brunostem należy cieszyć się w towarzystwa krakersa, gofra, pieczywa, a także w sosie, zapiekance, czy do płatków wszelkiego typu.

W smaku jest rzeczywiście przyjemny. Niezbyt mocny, a słodycz nie jest zbyt dominująca. I ma ciekawą konstystencję.

Jak przechowujemy brunost?

No jak nasz poczciwy żółty ser. Jeśli w lodówce, to w temperaturze od zera do czterech stopni celsjusza, a jeśli w temperaturze pokojowej, to jak najkrócej. Krótko mówiąc, trzeba go zjeść, zanim będzie za późno.

Tak sobie myślę, że będą w Norwegii nie spróbować brunostu, to jak być w Polsce i nie zjeść dobrego, staropolskiego kebaba 😀

Smacznego,

Przemek Saracen

Skomentuj

2 KOMENTARZE

Dodaj komentarz