sobota, Wrzesień 23, 2017
Start > PO GODZINACH > KUCHNIA

Niesamowite! Norweg zbiera 207 kilo grzybów w jeden dzień!

Przyjęło się sądzić, że Norwegowie nie zbierają grzybów. Polska legenda ludowa głosi, że to ze względu na katastrofę elektrowni atomowej w Czernobylu, w wyniku której chmura radioaktywnego pyłu przeszła nad Europą. Tyle, że że wypadek miał miejsce w połowie lat osiemdziesiątych. Od tej pory przyjęliśmy sądzić, że Norweg i zbieractwo grzybów nie przeszkadzają sobie :) Tymczasem nie do końca jest to prawda. W Norwegii doliczono się 75 gatunków grzybów jadalnych, które czekają na swojego odkrywcę. Na przykład takiego, jak Tommy Østhagen z Oslo, który jednego dnia zebrał 207 kilo borowików! Jest to imponujący wynik, nawet dla Polaka, który jak wiemy - wychował się

zobacz więcej...

„Brunost. Tradycyjny norweski przysmak z karmelem w tle.”

Przyjęło się mówić, że norweska kuchnia jest dla zuchwałych, bo przecież SMALAHOVE, o którym możecie przeczytać TUTAJ, czy LUTEFISK to naprawdę wyzwanie dla podniebienia i żołądka. Trzeba przyznać, że do tego grona dołączyć też trzeba SZTOKFISZA z Lofotów, który jest po prostu ohydny. No, ale to rzecz gustu. Dla mnie jest to ohydztwo i koniec. Ale ja nie o tym. Wielu znajomych pyta mnie, czym jest BRUNOST, który można kupić w zasadzie tylko w Norwegii. To fakt. Ten oryginalny norweski wynalazek powstał jako coś w rodzaju produktu ubocznego przy okazji produkcji normalnego żółtego sera (który tutaj jest zwan hviteost, czyli białym serem, ale naszym

zobacz więcej...

O kuchni norweskiej słów parę

Jest taki czas w życiu każdego z nas, że kończą się przywiezione z domu zapasy i trzeba podejść na zakupy do Coopa czy innej Remy. Pierwszym, co zwróciło moją uwagę to naprawdę ubogi asortyment. Gdzie metry półek z herbatami, makaronami, musztardami jak u nas. Potem dowiedziałem się, że Norwegowie, jako ludzie generalnie mało ciekawi wszystkiego kupują w zasadzie jeden - dwa gatunki czegoś i to wszystko. Choćby powstało sto wariantów danego produktu, a każdy następny byłby lepszy od poprzedniego to Norweg i tak będzie kupował tylko to co na początku. No taki urok, co zrobisz. Tak samo z przyprawami. W zasadzie pieprz

zobacz więcej...

„Smalahove czyli barania głowa”

Kiedy Wiesiek powiedział, że zjadł pieczoną łapę niedźwiedzia podaną podczas jednej z zakładowych imprez, nie wierzyłem, bo kto widział takie cuda. Dopiero gdy zobaczyłem na talerzu norweski przysmak zwany Baranią Głową dałem koledze wiarę. Smalahove, bo tak nazywa się owa Barania Głowa to tradycyjne bożonarodzeniowe danie i jak większość tradycyjnych norweskich dań bierze się z biedy panie, z biedy. Uwierzcie mi, aby zjeść to danie musicie mieć albo mnóstwo samozaparcia, albo być po szklance tutejszej Aquavity o smaku i mocy naszego bimbru. Choć połączenie samozaparcia i alkoholu też nie jest złe. Jak się to przyrządza? Najpierw należy opalić łeb, by pozbyć się wszelkiego

zobacz więcej...

„Smaki dzieciństwa czyli kluski lane”

Gdybyś spytał/a mnie o smaki dzieciństwa, pierwsze co wpadłoby mi do głowy to kluski lane. Nie żadne gumy do żucia "Donald", oranżada w woreczkach, czy słone masło w bloku. Kluski lane właśnie. Najpierw babcia, potem mama przygotowywały to cudo. Zwykle w soboty i w niedziele, bo to wiadomo, więcej czasu na przygotowanie, nie trzeba spieszyć się do pracy itd. itp. Zwykle nie lubiłem mleka, piłem je z niechęcią, a tworzący się na powierzchni kubka kożuch przyprawiał mnie o mdłości. Wiadomo, dziecko zawsze wymyśla, że nagle od zawsze tego, czy tamtego nie lubi. Choć jeszcze wczoraj zajadało się to ze smakiem. O, weźmy

zobacz więcej...

„Ślinotok”

Jarek był jednym z pierwszych Polaków, których poznałem w Norwegii. W sensie fajnych, pozytywnych Polaków. Jarek pracuje w najlepszych hotelu Trondheim: Clarion i jest kucharzem. Gotował między innymi dla naszego Nergala, który darzony jest tutaj wielkim szacunkiem. Ale też nie o tym eks kochanku Dody tutaj mowa. Jarek karmi. A jak karmi, zobaczcie na jego fotorelacji ze świątecznego bufetu, który wraz ze swoimi współpracownikami przyrządził dla gości przepięknego Clarionu. Foto: Jarek Woszczyński

zobacz więcej...

„Fortuna i chwała, czyli boczek na gyrosie”

Kiedy tak sobie myślę, co sprawia największą frajdę, to... No co by to było. Po chwili zastanowienia stwierdzam, że zadowolenie ludzi, którzy korzystają z tego, co dla nich zrobisz. Poświęcając swój czas, umiejętności, ochotę. Oczywiście trudniej jest, gdy próbujesz zrobić coś, czego zwykle nie robisz, bo pojawiają się obawy: "czy nie schrzanię, a jak się nie spodoba" i takie tam historie. Nie, nie będzie koeljoizowania, gdyż rzecz dotyczy czegoś pięknego w swej prostocie i prostego w swym pięknie. Mam na myśli pieczyste. A konkretnie boczek. Jak to zwykle bywa, poszedłem do sklepu z zamiarem kupienia czegoś konkretnego, a wróciłem obładowany mnóstwem rzeczy dodatkowych.

zobacz więcej...

„Szaszłyk zimowy, czyli grill na balkonie”

  Nikt mi nie wmówi, że nie da się urządzić grilla w środku zimy. W dodatku z szaszłykiem w roli głównej wspomaganym piekarnikiem włączonym na czarną godzinę, ale nie uprzedzajmy faktów, że tak polecę Wołoszańskim. Generalnie wszystko zaczyna się od czapy, znienacka, no po prostu sacre ble i donerweter. Kompletnie zaskoczony znalazłem w bagażniku grill jednorazowy, z którym natychmiast trzeba było coś zrobić. No wiecie; to małe pudełko aluminiowe z kratką i koksem w środku, plus cośtam do skutecznego zapłonu. Decyzja zatem podjęta. Robimy wieczorem grilla! Gdzie? Na balkonie, to przecież oczywiste. Że chałupa będzie odymiona? Eeeee tam. Gdyby ludzie bali się wyzwań,

zobacz więcej...

„Trocinowe żarcie w gotyckiej budce”

  Trociny Style! Człowiek jeść musi, inaczej się udusi- śpiewał klasyk. A może inaczej? Cholera go tam wie, ważne, że pasuje do wstępu tekstu (każdy kto pisze na co dzień wie, jaką mordęgą jest wstęp artykułu). W każdym razie kierowany filozoficznym przemyśleniem zacytowanym na wstępie postanowiłem coś zjeść. Szybko, w miarę smacznie i bezboleśnie dla żołądka i kieszeni. Na wszelki wypadek wziąłem apap. Rzecz jasna mam na myśli śmieciowe jedzenie, które błyskawicznie staje się fundamentem żywieniowym lubinian. Można przekonać się o tym odwiedzając drugie piętro Cuprum Stodoły, oblegane przez fanatyków zdrowego hamburgera i tłustych frytek. Odmówiłem sobie przyjemności wspierania sieciowych – śmieciowych – restaurantów

zobacz więcej...