reklama na szczycie wpisu

Tak sobie myślę, że każda śmierć powinna być spowita odrobiną ciszy. Człowiek zmarł. Została rodzina, jej smutek. Jej wspomnienia po zmarłym oraz refleksje, co robić, jak będzie to wszystko wyglądać. Wreszcie – jak sobie poukładać na nowo życie.

Śmierć Jana Kulczyka daje pole do popisu wszelkiej maści komentatorom. Na czołówki mediów trafiają łzawe story o Wielkim, niemalże Świętym Janie.

I coś chyba nam się w dupach poprzewracało. Nie chodzi już nawet o to, że z natury ludzie nie lubią ludzi bogatych, pysznych, bufoniastych.

Mało kto lubił Bono, Jobsa czy Gatesa, choć ci ludzie doszli do swych pozycji siłą własnego umysłu. No po prostu mieli to coś, co sprawiło, że napędzali rzeczywistość. Wytwarzali coś, z czego korzystały miliony, a inne miliony miały motywację do dalszej pracy i rozwoju.

Czy było tak z Janem Kulczykiem? Nie będę go jakoś ani bronił, ani specjalnie atakował. Ani mi on brat, ani swat – nie mam wobec niego jakiegoś osobistego stosunku.

Mogę za to spojrzeć na niego, a w zasadzie jego karierę – zwłaszcza w III RP – przez pryzmat jego kolegów milionerów zza granicy właśnie. I powiem Wam, że chciałbym być twardym, czasem ordynarnym kolesiem traktującym premiera oraz prezydenta RP jak własne suki, które spełnią moje zachcianki. I jeszcze brać prowizję za to, że jestem.

Tak widzę w skrócie karierę biznesową Jana Kulczyka. Faceta, który zbudował sobie pozycję na styku biznes – kumpelstwo – polityka wykorzystującego niewolniczą mentalność rządzących nami polityków.

Oczywiście to fajnie, że potem Kulczyk dostrzegł tzw. społeczną rolę biznesu i przeznaczał duże pieniądze na sport, kulturę, historię. Tak, doceniam to i traktuję jako formę spłaty długu wobec własnego kraju, który jednak troszkę wydoił (o karierze Jana Kulczyka w III RP ciekawie pisze np. R. Krasowski w swojej książce „Czas gniewu”).

Tyle, że mam prawo mieć negatywny stosunek do tego, w jaki sposób słynny „Doktor” doszedł do swojej pozycji.

Nie chcę być źle zrozumiany – doceniam karierę naszego bohatera, bo naprawdę musiał umieć znaleźć psychologicznego bata na władze RP, które odpaliły mu sporą część prywatyzowanego majątku i pewnie gdybym miał okazję, sam wykorzystałbym tę sytucję. Ino nie mówcie mi, że ktoś taki musi być wzorem do naśladowania i bogiem w biznesie.

Przemo Saracen

Skomentuj

4 KOMENTARZE

  1. … które odpaliły mu sporą część prywatyzowanego majątku … A komu miały odpalić? Znowu „biedniakom” , analfabetom ekonomicznym; po równo, bo wszyscy mamy jednakowe żołądki?

    • No właśnie, komu miały odpalić? W normalnym państwie odbyłoby się to na tyle publicznie, że wiedzielibyśmy komu. Nikt też nie mówi, że po równo. Trochę inaczej odczytuje pan intencje mojego tekstu. Proponuję zwrócić uwagę nie na fakt przejęcia spółek skarbu państwa, co na zasady, na jakich to się odbywało. Aby nie powtarzać się i odsyłać do książki „Czas gniewu”, zachęcam do poszperania i poszukania wypowiedzi ówczesnego ministra przekształceń własnościowych, pana Wiesława Kaczmarka.

      Pozdrawiam, Przemo Saracen.

Jeśli spodobał Ci się materiał, zostaw komentarz, proszę :)