reklama na szczycie wpisu

Było to w czasach, gdy Smródka sięgała powyżej kolan, a kaczki nie musiały udawać, że pływają, jak dzieje się to dziś, na wysokości Cuprum Stodoły. Choć tak między nieistniejącym bogiem a prawdą, to wpuszczony w ten fragment rzeki beton (z czasu budowy galerii) sprawił, że to miejsce stało się apływalne.

Dnia pewnego, a było to najprawdopodobniej wiosną burą, zimną i ponurą – postanowiliśmy dotrzeć do morza. Smródką. Mówiąc „my” mam na myśli mnie i Kasztelana, kolegę z jednej klasy. Kasztelan stwierdził przytomnie, że nie ma co robić po szkole, a ja równie przytomnie stwierdziłem, że Kasztelan jest genialny, gdyż doznamy kolejnego pouczającego słodowopodobnego doświadczenia.

Słodowopodobnego, bo nie tak dawno, wspólnie z Lizakiem (trzeba wyjaśnić, że Lizak i Kasztelan wymieniali się w zależności od czasu i okazji) zbudowaliśmy niemal perfekcyjnie działający bojer. Pojazd zbudowany został z zajumanych desek, rurki marki „no name” oraz żagla. Zrobiliśmy go z plastyku, a rurkę…również zajumaliśmy.

Takie czasy. Trzeba bowiem wiedzieć, droga młodzieży, że wtedy nie było lekko. Kobiety chodziły z reguły zarośnięte, komórek nie było, w knajpach panowało chrzczone piwo, a po ulicach biegały trójki klasowe.Ormowiec czaił się za rogiem, a za noszenie militarnego ciucha obrywało się po plerach. W późniejszych czasach było nieco lepiej, bo wprowadzono prezerwatywy, ale co to za pociecha, skoro sypało się z nich tyle talku, jakby ktoś rzucił workiem mąki.

Jak się rzekło, lekko nie było. Do tego stopnia, że testowaliśmy nasz bojer w skrajnych warunkach, bo w lecie. W upale. Masakra. Oczywiście bojer zdał egzamin, bo dlaczego nie.

Jak widzicie pomysł Kasztelana, by dojść sobie po szkole do morza wydaje się konsekwentny i logiczny, heh.

Ruszyliśmy. Zanim to nastąpiło, z pomocą tylko sobie znanych i nieznanych instrumentów obserwacyjnych dokonaliśmy obserwacji, z których jasno wynikało, że podróż naszą musimy rozpocząć wcześniej. Rozumiecie zatem, z jak wielkim bólem serca zmuszeni byliśmy opuścić kilka ostatnich lekcji. W tej sytuacji określenie naszego globtroterskiego czynu wagarami staje się oczywist niegodziwością i cieszę się, że tak samo myślicie.

Nie było lekko. Drzemiący w nas duch przygody i krążąca nad nami aura legendarnego Toniego Halika zapędziła nas w pobliże dzisiejszego wiaduktu miejskiej obwodnicy.

Szliśmy nabrzeżem. Nie kusiliśmy złowrogich sił natury. Pragnęliśmy – jak rasowi globtroterzy – obserwować żywioły, by poznać je, ujarzmić i wykorzystać ich siłę.

Pogoda nie była łaskawa, to fakt – ale cóż to jest wobec obietnicy wielkiej przygody! Spoglądając w niebo oceniliśmy, że potrzebujemy nabrać sił w obliczu zbliżającego się starcia z siłami natury. Kanapka z gotowanym przejajem i zgniecionym pomidorem była skutecznym wzmocnieniem przed zmaganiami z siłami przyrody.

Dotarliśmy już do mostku na wysokości dzisiejszego wejścia do Cuprum Stodoły od strony rynku.

Postanowiliśmy zbliżyć się do nurtu Smródki. Ruszyliśmy w dół nie zaniedbując środków ostrożności. Grunt był grząski oraz zaminowany. Groził poślizgiem. Ale też nie bez kozery powołałem się wcześniej na pamięć o Tonim Haliku. Byliśmy coraz bliżej.

Nagle jak nie błyśnie! Jak nie grzmotnie!

  • „Mamusiu!”- ryknął Kasztelan i chwycił mnie za bety. Plusk! Wylądowaliśmy w rzece. W pewnych okolicznościach ten pomysł pokonnia drogi wpław miałby zalety…

Powiem wam jedno. Rodzice nie rozumieją chuci młodego podróżnika. Już nie pamiętam, czy lanie w dupsko odbyło się za pomocą tradycyjnych technik, czy nie.

Odłożyliśmy nasz plan podboju morza na najbliższą przyszłość. Tym razem postnowiliśmy, że oddamy się nowemu projektowi: zielnik ze zdjęciami nagich pań! Tylko skąd wziąć owe zdjęcia, skoro w tamtych czasach ukazywały się głównie w tygodniku „Perspektywy”?

No, ale o tym później…

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz