reklama na szczycie wpisu

 

To nie jest klon Tarantino, jak próbują wmówić nam co poniektórzy. Do jasnej cholery, czy każdy film, w którym dominuje czarny humor odpowiedni dla Zrytych Beretów oraz zabawy z chronologią musi być kwalifikowany jako „Tarantino”? Niedawno podobną krzywdę wyrządzono genialnej komedii „Jabłka Adama”, a teraz podobny numer stosowany jest wobec „Zabójczego numeru”.

Tymczasem „”Zabójczy numer”” to kawał fantastycznej rozrywki na najwyższym poziomie. Poziom realizacji oraz świetny scenariusz sprawiły, że ten film może doczekać się wielu branżowych wyróżnień i nagród.

Kiedy młody Slevin Kelevra przyjeżdża do Nowego Jorku, nawet nie przeczuwa, że początek nowego życia, stanie się też początkiem jego problemów. I to jakich! Mało tego, że nie może doczekać się kolegi Fishera, u którego ma mieszkać, to dopada go dwóch „uroczych” typków, z których jeden to Elvis, czarny Elvis, ze zgryzem wprost z koszmaru stomatologa. Slevin wzięty zostaje za Fishera, który ma jakieś zobowiązania wobec Bossa. Próba wyjaśnienia pomyłki na nic się nie zdaje, wszak sztuka zgadza się. Przecież typki mieli dostarczyć człowieka, nie? Trudno, chłopak w samym ręczniku rzucony zostaje przed oblicze Bossa.

Ten fakt nie jest aż tak trudny dla Kelevry, co zdarzenie, które miało miejsce kilka godzin wcześniej: znajomość z uroczą, wygadaną skośnooką trzpiotą (świetna rola Lucy Liu). Okazuje się, że Slevin, pardon- Fisher jest winien Szefowi kupę forsy. Może to spłacić zabijając Rabina, szefa znienawidzonego gangu. Czy Slevin ma jakiś wybór? Trafia w sam środek wojny gangów. Wydaje się, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia…

Wystarczy. I tak dużo zdradziłem. Choćby mnie przysmażali nie powiem, co dzieje się dalej. Wyjawienie dalszej części fabuły byłoby zbrodnią dla widza. Powiem tylko, że mamy do czynienia z wciąż zmieniającą się fabułą, nieustannym gubieniem tropów i zmyłek nie tylko wobec samych bohaterów, ale głównie widza. Jest tu ciekawa zabawa chronologią, co nadaje filmowi zupełnie nową jakość i staje się bardzo ciekawym zabiegiem narracyjnym. Na uwagę zasługują świetnie zagrane postaci. Josha Hartnetta, który bardzo ładnie zagrał postać zagubionego, ale jakby bawiącego się sytuacją Slevina; Bena Kingsleya- grając bardzo minimalistycznie, wyciągnął maksimum z granej przez siebie postaci; Morgana Freemana, jako groteskowego, złowieszczego i jednocześnie tragicznego Szefa. O postaci Goodkata, płatnego mordercy nie ma co mówić. Po prostu Willis zagrał tu samego siebie i tyle. Trzeba jednak przyznać, że ładnie wkomponował się w całość i „nie zgrzyta.”

„Zabójczy numer” jest klasą sam w sobie. Podsumujmy. Świetny, błyskotliwy scenariusz. Klimat przywodzący na myśl filmy Guya Ritchie`go, czy aurę muzyki Fatboy Slim`a. Zabawa nastrojem i nieustające fabularne pułapki. Dobry montaż. Ciekawa ścieżka dźwiękowa. Miodzio obsada. Jest to jeden z tych filmów, które trzeba obejrzeć. Po prostu jest to tak wysoki poziom rozrywki, że nieobejrzenie „Zabójczego numeru” w jakiś sposób zubaża. A przy okazji jest ciekawym spostrzeżeniem, jak za pomocą prostych w sumie sztuczek formalnych można przenieść film sensacyjny kilka pięter do góry.

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz