reklama na szczycie wpisu

Kiedy myślę, mówię, piszę i tańczę, że dopiero życie w ciągłym zawieszeniu, rozdarciu powoduje, że czujemy smak tego istnienia- to trochę kłamię. Przecież ta ciągła walka z sobą, niezdecydowanie pod pozorem nieugiętności i niemal takiej pomnikowatości w postępowaniu nie jest tak piękna, jak się wydaje.

Owszem, z boku ładnie to wygląda, wzbudza podziw, a nawet zazdrość. „Kurczę, chciałbym umieć mieć taki kręgosłup jak ty”, słyszysz. „Taaaa”- odpowiadasz. I patrzysz na niego wzrokiem takim…ja wiem…takim, który mówi „nie rozumiesz tego; nie zrozumiesz, bo sam tego nie pojmuję”. Na szczęście masz na nosie ciemne okulary. Nadal jesteś tym, kim chciałbyś być, by za chwilę dążyć do czegoś innego. Mieszam i to nieźle, prawda.

Tak naprawdę sami nie wiemy, kim do końca jesteśmy. Chodzimy w przebraniach ukrywających nasze pragnienia, dążenia, tęsknoty. Normy społeczne, nacisk kulturowy i opinia środowiska kształtują nas i ugniatają. Czasem zatracamy coś, co w nas było: dobro, ciekawość świata, uśmiech, taką naiwność pozwalająca na wniesienie promyka w tę pierdoloną szarugę rzeczywistości.

Ilu z was wykonuje pracę, której nienawidzi? Ilu z was uśmiecha się do przełożonego, któremu należy się cios pięścią oraz potężny kopniak w szczękę? No właśnie.

I co wtedy? Hmm…gdybym znał odpowiedź, otrzymałbym Nobla, a tak mam jobla.

I wracamy do domu. Wieczorem. W samotności. Pętamy się po mieszkaniu uśmiechając się do domowników, którym ten uśmiech się w końcu należy. Po czym zamykamy się w czterech ścianach, albo wychodzimy na spacer. Jeden w milczeniu. Inny ze łzami na policzkach. Kolejny z nadpitą już flaszką w ręku.

Bo chcemy inaczej. Bo dusimy się. Żyjemy w dwóch światach. Jesteśmy rozdarci. I wracamy do domów pod pozorem spokoju, z przyklejonym uśmiechem, z kupioną po drodze gazetą, by mieć jakiś temat zastępczy. W zaciszu oczekujący na sygnał. Na znak, dzięki któremu nasze życie nabierze nowego znaczenia. Jakiego? Nie wiadomo.

Nowego. Innego.

Ta dwoistość natury nie jest chorobą. Przynajmniej tak sądzę. Jest chyba elementarnym składnikiem Natury.

Kiedy mówię, że uwielbiam smutek i mrok, nie mam na myśli mrocznych emocji ciągnących mnie i moich najbliższych w negatywne pola ludzkiej natury. Mrok i smutek sprawiają, że „to wszystko” jest jakieś takie bardziej szlachetne. Takie…no takie, bardziej czyste, pozwalające na oczyszczenie umysłu z pierdół, ornamencików i chwastów. Pozwalają mi na wyłuskanie istoty rzeczy.

Jasne, czasem jest tak, że pierdoły są ładne dla oka, zapadają w pamięci. Ale i tak ważniejsza jest ta
istota.

I dlatego właśnie ten pieprzony doliniarz Tim Burton jest artystą sprawiającym, że odnajduję się w jego świecie. Nie błądzę wśród umpalumpianych kretynów, wyfiokowanych idiotek, faceta o kretyńskim przebiałym uśmiechu, nie gubię się przy szalonym kapeluszniku premierze z Krakowa, czy groteskowym kolesiu z fiutami na szczycie głowy.

Tak, zmierzam do „Batmana”, a w zasadzie do „Batman powraca”, jednego z najciekawszych filmów, jakie oglądałem.

I nie ma znaczenia to, że jest to ekranizacja komiksu. Bo punkt wyjścia jest, jakich wiele w tego typu filmach. No co, widzimy bohatera walczącego ze Złem. Tym razem trzeba walczyć z Pingwinem, który chce zniszczyć Gotham City, batmańskie miasto.

Nasze Zło pragnie zostać burmistrzem, w czym pomaga mu piękny Max Shreck- cudowne dziecię swojego miasta, które doszło do swego bogactwa, tymy, o, ręcamy moy myly. Tak cudownie składa się, że u Shrecka pracuje gardząca sobą, poniewierana serkretarka, z którą stanie się brzydkie to i owo, dzięki czemu kobiecię to piękne stanie się CatWoman. I cóż, musi dojść do konfrontacji znaczonej bójkami, eksplozjami, fiku mikami, akrobacjami i strzelającymi pingwinami tudzież zmotoryzowanymi kaczkami kąpielowymi. Na pierwszy rzut oka typowe mordu- mordu, prawda.

Znaczenie ma to, że wśród tej całej fantastycznej otoczki, tej kinowej magii pozwalającej na uzyskanie pięknych obrazków, niesamowitej scenografii, tej całej rozbuchanej historii polegającej na tym, że jest jeden szlachetny vs zły bohater, znaczenie ma to, że istotą tego filmu jest rozdwojenie bohaterów. Ich walka nie tyle z przeciwnikiem, ile z samym sobą. Czy jest w tym filmie piękniejszy moment, niż scena, w której CatWomen (cudowna Michelle Pfeiffer) wyznaje, że sama nie wie, kim jest? Owszem.

To pogrzeb pozornie czarnego bohatera, Pingwina, który choć jest odmieńcem, koszmarnym wybrykiem natury- staje się jakby pokrewną duszę CatWoman, czy Batmana. Jak to możliwe? Mamy oto trzy tragiczne postaci, które zmagają się ze swoimi pragnieniami, dążeniami, marzeniami. Wyborami życiowymi, które niekoniecznie są słuszne. Piękno, brzydota to tylko maski. Ten film to pokazuje; obok zjawiskowej CatWomen mamy groteskowo brzydkiego Pingwina. Pozornie wiemy, komu kibicować. Ale w środku nas siedzi ten krasnoludek, który kopie nas w wątrobę mówiąć: „ej, nie idziesz na skróty?”

To, że Pingwin ostatecznie przegrywa wcale nas nie cieszy. Nam jest go zwyczajnie szkoda.

Obejrzyjcie ten film jeszcze raz.

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz