reklama na szczycie wpisu

Zazdroszczę Czechom. Nie dość, że produkują świetne piwo, mają piękne modelki. Ich Skoda jest coraz lepsza. Mają Szwejka. Krecika. Żwirka i Muchomorka. Rumcajsa. Sąsiadów. Produkują pyszne lentilki oraz becherovkę.

Mają też Karela Gotta, ale przecież nikt nie jest doskonały. Jakby było mało, ich Praga jest jednym z najpiękniejszych miast w Europie. Amerykańskie studia filmowe „hurtowo” realizują u nich swoje produkcje.

Zazdroszczę im serialu „Pod jednym dachem”, czy „Arabelli”. Szlag mnie trafia, gdy przypomnę sobie, że dali światu słowo „robot”. I fantastyczny Havel… Co prawda dali nam kiedyś w prezencie Dobrawę, dzięki czemu jesteśmy spowinowaceni, ale cóż to za pociecha…

Podczas, gdy kisimy się w martyrologiczno- łopatologicznych filmowych wekach, Czesi wysyłają w świat produkcje będące pochwałą człowieka. Filmy, które dają nadzieję, wywołują uśmiech, choćby przez łzy. „Pepiki” sprawiają, że bohaterowie ich filmów- ludzie upadli, stają się bohaterami na miarę swoją i swoich najbliższych. Powie ktoś: ale to my bardziej cierpieliśmy! A choćby nawet, co z tego? Oni mieli swój 1938 rok, „braterską pomoc” w 1968 roku. Ich nienawiść do Sowietów porażała. A mimo to tworzyli mądre, ciepłe i niosące przesłanie dzieła.

Ddobry film nie ma prawa zestarzeć się. Mało tego, film Jana Sveraka jakby na nowo odkrywa przed nami proste prawdy, o których zapominamy.

Jest 1989 rok, Praga. Ponad pięćdziesięcioletni Frantisek Louka, wieczny kawaler, hulaka i kobieciarz, swego czasu był wybitnym wiolonczelistą w orkiestrze. Niestety, zamiast pielęgnować swój talent i dzielić się innymi, dostał zakaz występów. Dlaczego? Ponieważ kretyńskiemu urzędnikowi nie spodobał się raport Louki z pobytu orkiestry za granicą. Od tej pory było już tylko gorzej. Przyszło zgorzknienie, cynizm, hazard, gonitwa za kobietami, długi. Aby je spłacać, Franto wynajmuje się jako grajek podczas pogrzebów. Czasem pięknie odnowi napisy na nagrobkach.

Wydawałoby się, że Louka pomny wieku i nienajlepszego stanu kieszeni, przynajmniej spróbuje ustatkować się, może poszuka tej „jednej jedynej”, może… A gdzie tam! Wciąż żyje z rozpędu, zmienia kobiety jak rękawiczki, przepija kolejne pieniądze, bawi się i tonie w długach.

Im bardziej obserwujemy Frantiska, tym bardziej widać, że jego niekontrolowane życie stanowi maskę, pod którą kryje się przegrany człowiek, który nie pomysłu na przyszłość. Dlatego wybrał to, co od dłuższego czasu umie najlepiej.

Pewnego dnia Louka znajduje się w sytuacji bez wyjścia; długi osiągają stan krytyczny. Co robić? Na pomoc przychodzi bohaterowi jeden z kolegów, który proponuje zawarcie fikcyjnego małżeństwa z Rosjanką, Nadieżdą. Kobieta dobrze płaci za parę miesięcy udawania. Louka niechętnie, ale godzi się na ślub. Nie przywiązuje wagi do tego, że kobieta ma pięcioletniego syna, Kolę. Dopóki chłopiec przebywa pod opieką ciotki, Frantisek nie przeczuwa żadnego zagrożenia. Poza tym, nawet gdyby cokolwiek przeczuwał, suta zapłata za „papierowe małżeństwo” sprawiła, że Franto „głuchnie”.
Sytuacja zmienia się, gdy Nadieżda ucieka do Niemiec, ciotka umiera, a chłopiec zostaje sam. I oto bohater, człowiek, który myśli o wszystkim, tylko nie o dziecku, zostaje ojcem. Sytuację komplikuje fakt, że Kola nie rozumie języka czeskiego, zaś Louka, może poza słowem „Stalin” nie rozumie języka rosyjskiego. Rozpoczyna się trudna, życiowa lekcja oswojenia się z własną niechęcią, obawami…przed sobą. Dzięki pięciolatkowi, stary Franto odkrywa w sobie uczucia, które wydawałoby się, przepadły raz na zawsze.

Nieoczekiwanie Frantisek dojrzewa. Mały Kola staje się katalizatorem przemian dokonujących się w głównym bohaterze. Nieświadome dziecko sprawia, że wieczny cynik, hulaka i kobieciarz łagodnieje. Coraz bardziej zależy mu na kimś; widzi, że opiekowanie się drugą osobą jest przyjemne.

Często postrzega się „Kolę” jako opowieść o wzajemnej nauce malca i starzejącego się mężczyzny. O obustronnym kształtowaniu się charakterów. Jednak czy pięciolatek nieznający języka czeskiego, na dodatek niezbyt świadomy, może nauczyć się czegoś od prawie sześćdziesięciolatka?

Potraktujmy „Kolę” jako uroczą, perfekcyjnie zrealizowaną i wzruszającą naukę o nas samych. A nauka jest prosta: nigdy nie jest za późno, by powiedzieć komuś dobre słowo. Nigdy nie jest za późno, by zaopiekować się kimś. Nigdy nie jest za późno, by odkryć w sobie…dziecko.

Warto wreszcie zrozumieć, że dobro tkwi w każdym z nas. Urodziliśmy się serdeczni, ciepli i ufni. Po drodze gdzieś to gubimy. Potrzebujemy tylko- albo aż- impulsu. Jak Louka. Przecież to był facet, który sam siebie spisał na straty! Nieoczekiwanie odzyskał wrażliwość. Dzięki rosyjskiemu pięciolatkowi, potomkowi okupantów.

Jak widać nigdy nie wiemy, kiedy spotka nas coś dobrego. „Kola” pokazuje, że mimo wszystko warto czekać. Mieć nadzieję.

Przemo Saracen

Skomentuj

Skomentuj korzystając z FB, G+, Disqus lub tradycyjnego systemu komentarzy!