reklama na szczycie wpisu

„Oda do radości” stała się moim faworytem. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że przypomina mi miejsce, z którego wyjechałem? Może dlatego, że przypomina znajomych, których zostawiłem?

A może dlatego, że pokazuje mój kraj tak, jak od lat żaden polski film tego nie zrobił? Że nie moralizuje? Że nie pociesza? Że nie przemyca podwójnego dna i bogoojczyźnianych wartości? Myślę, że wszystko po trochu, proszę ja was.

Wychodzi na to, że „Oda…” opowiada o nas, o pokoleniu spieprzonych frustratów, którzy wciąż walczą, by nie pójść na dno. Pokoleniu, które już na starcie ma przerżnięte. Bo zamiast żyć, pracować, bawić się i zakładać rodziny, musimy zębami wyrywać co nam się należy.

Pierwszy raz zdarzyło się, bym utożsamił się z polskim filmem(no dobrze, drugim jest „Pokłosie”, ale to inna szkoła jazdy). Więcej: pierwszy raz zdarza się, by polski film utożsamił się ze mną. Z tobą też. Nieważne, że akcja dzieje się na Śląsku, w Warszawie i nad morzem. To wszystko nieważne. Choćby stu Krauzech nakręciłoby tysiąc nagradzanych „Placów Zbawiciela”, to właśnie „Oda do radości” pokazuje Polskę i Polaków.

 Część pierwsza: ŚLĄSK/ reżyseria Anna Kazejak- Dawid

Agnieszka wróciła z „jazdy na szmacie” w Londynku i myśli, że wreszcie ułoży sobie życie. Nie wiedziała, że w czasie jej nieobecności tyle się zmieni: ojciec zaangażuje się w strajk, a matka wyleci z pracy.

Historia napędzana jest przez rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja. Widzimy otoczenie, któremu nie dano szansy. Tam, gdzie pojawia się nadzieja, frustracja jest tak duża, że nic się nie udaje. Agnieszka jest jakby zasklepiona w sobie. Widać, że Tam, nawet wykonując niechcianą pracę mogła żyć, cieszyć się, mogła otworzyć się na ludzi i świat. Czuła, że może wyskoczyć „na klaty” z całym światem. Tu jest inaczej. Miasto, w którym atmosfera sprawia, że człowiek podświadomie dusi się w sobie i alienuje. Gubi się, ma dosyć. Rozpaczliwie myśli co robić, by nie iść na dno.

Kunszt reżyserki jest imponujący. To sztuka wiernie pokazać szemranych, małostkowych, lecących na pysk ludzi, którzy nawet nie budzą odrazy, co najwyżej litość. Nie wymagajmy heroicznych postaw od ludzi, którzy stracili wiarę w samych siebie.

Wydaje się, że Agnieszka jest na dobrej drodze, by dołączyć do reszty. W geście desperacji postanawia wrócić do Londynku.

Fantastycznie zrealizowane; prosto, oszczędne, naturalnie i prawdziwie.

 Część druga: WARSZAWA/Jan Komasa

Młody raper Peras wraz z dwójką kumpli próbuje podbić świat swoją muzyką. Niestety jego ziomale traktują rap jako sposób na panienki i lanserkę. Tymczasem dla Perasa, jak dla każdego pasjonata, to sposób na życie. Oprócz tego, jak każdy pasjonata, ma swoje ideały, których choćby nagięcie sprawia ból. Bohater jest sierotą, mieszka z babcią- jedyną osobą, która w niego wierzy. Chłopak ma też dziewczynę, Martę, której ojciec szczerze nienawidzi Perasa. Jeśli przyjmie go do pracy, to tylko po to, by upokorzyć chłopaka i przestrzec przed związkiem z Martą.

To najbardziej dynamiczna część „Ody…” Bohater jest impulsywny. Na pozór agresywny, w niektórych momentach wulgarny. Ma sobie coś autodestrukcyjnego. Tyle, że pod pozorami chowa się zagubienie i wrażliwość. Peras jest przykładem wychowania, w którym odpowiednio skierowana energia zdziała cuda. Żle skierowana- uchowaj nas boże/jahwe/buddo/allachu!

Jest to szczególnie widocznie w scenie rozgrywającej się w pracy, gdzie Peras zostaje z premedytacją upokorzony. Widzimy, że w tym chłopaku wzrasta nienawiść, choć wystarczyło dobre słowo i wyrozumiałość. Zamiast tego publiczna „chłosta”, i to tylko po to, by zaspokoić próżność szczyla na kierowniczym stanowisku. Świetna scena pokazująca szczury, przepraszam, yuppies w akcji. Choć Peras lubi sprawiać wrażenie człowieka kierującego swoim postępowaniem, staje się odwrotnie. Emocje biorą górę i prawie dochodzi do dramatu, przyznajmy, niezawinionego przez rapera.

Tymczasem grupa Perasa wchodzi na szczyt, co jednocześnie zbiega się z tragedią osobistą bohatera. Czy potrafi się cieszyć o oczekiwanego sukcesu? Czy to, na co czekał latami wynagrodzi wszystkie dotychczasowe niepowodzenia? A może wielkie JOŁ! okazało się być zbyt małe w konfrontacji z tym, co nieuchronne?

Komasa pokazuje bohatera uwikłanego w ciąg sprzeczności. Człowieka, który jakby szukał zguby, zapętlał się w agresji wobec całego świata, a jednak człowieka, który w decydującej chwili pokazał wrażliwość. Kurczę, w ostatniej scenie warszawskiego wątku „Ody…” miałem łzy w oczach…

  Część trzecia: MORZE/ reżyseria Maciej Migas

Ostatni wątek „Ody…” to historia Wiktoria, który po skończonych studiach postanawia ułożyć sobie życie w rodzinnym nadmorskim miasteczku. Szybko okazuje się, że jedyna praca, którą zdobył polega na patroszeniu ryb.

Istotę tej części filmu oddaje cytat ojca bohatera: „Wiktor. Nie spierdol życia.” Okoliczności, w jakich padają te słowa, oraz dbałość o każdy szczegół sprawiły, że na chwilę zapomniałem, kto miał być bohaterem filmu. Rozlazła twarz przystojnego kiedyś ojca – dziś nieudacznika, który żyje siłą bezwładności, robią przejmujące wrażenie.

Wiktor nienawidzi swojej pracy. Jego matka nienawidzi dnia bez zrzędzenia. Jego szef nienawidzi płacić, a każda prośba o wypłatę kończy się magicznym „jutro”. Skąd my to znamy? Życie ogranicza się do małych radości w knajpie, przy bilardzie, przy piwie kupionym za pożyczone pieniądze. Czasem uda się zabawić na strzelnicy. Jednak to wciąż ten sam zatęchły klimat. Klimat typów, którzy będą prześladować cię tak długo, aż staniesz się tak samo beznadziejny jak oni. Wiktor dojrzewa do myśli o wyjeździe do Londynu.

Kazejak- Dawid, Komasa i Migas pokazali Polskę i nas, jakimi jesteśmy. Ludźmi z wadami. Czasem podejrzanymi typkami, ale takimi, z którymi chętnie napijemy się wódki, niż obejdziemy szerokim łukiem. Bo chyba tacy naprawdę jesteśmy: trochę upadli, czekamy na te swoje pięć minut. Czekamy na to, by ktoś nam powiedział: nie jesteś sam człowieku.

Bohaterowie „Ody do radości” kochają swoje miejsca. Aga kocha Śląsk. Peras dałby się pokroić za Warszawę. Wiktor utopiłby każdego, kto rzekłby złe słowo na jego miasteczko. Nie mówią tego, ale to widać. Chcą tylko godnie żyć. Chcą mieć nadzieję, chcą marzyć. Szkoda, że jest to możliwe tylko wtedy, gdy wyjadą za granicę. Mam nadzieję, że już tu nie wrócą.

Przemo Saracen

Skomentuj

Skomentuj korzystając z FB, G+, Disqus lub tradycyjnego systemu komentarzy!