Detektyw Harry Hole to bohater dzisiejszych czasów. Żyje w krainie szczęśliwości, czyli Norwegii, ma spaprane życie osobiste i jest alkoholikiem wykorzystującym każdą okazję do stoczenia się.

Ma w sobie gen jakby autodestrukcyjny, a każda chwila spokoju i szczęścia przyprawia go dreszcz niepokoju. Jakby ten spokój był jego nienaturalnym stanem.

Jest przy tym inteligentny, cyniczny, niesubordynowany i przenikliwy. Jest detektywem z Oslo. Miasta, w którym policjanci sekcji zabójstw nudzą się, bo w krainie szczęścia o morderstwa trudno. W końcu w kraju szczęśliwości jest tak dobrze, że nawet policja musi starać się o zezwolenia na broń.

I jak w takim kraju stworzyć policyjne dreszczowce z psychopatycznym mordercą w tle? Wbrew pozorom jest bardzo łatwo, ale trzeba sięgnąć w głąb nieodległej historii Norwegii, by wiedzieć, że za zasłoną bogactwa, złotych recept na życie i filozofii „hygge” kryje się ciemna twarz społeczeństwa próbującego zmagać się z podłą przeszłością. Prawo Jante, pedofilia, kazirodztwo, choroby psychiczne, załamania nerwowe, nieumiejętność radzenia sobie w sytuacjach stresowych…

To idealny budulec dla pisarza, jakim jest twórca powieściowego cyklu o detektywie Harrym Hole. Jo Nesbo stworzył bohatera upadłego, którego niejednokrotnie ratuje pokrzywione poczucie humoru i splot okoliczności. No dobrze, często też umiejętności. A zatem jest jednym z nas. Człowiekiem, który ratuje świat nie potrafiąc sobie dać rady z własnymi problemami.

Nesbo, wymyślając intrygę kryminalną dokonuje głębokiej wiwisecji norweskiego społeczeństwa, a tropy przestępstw prowadzą przez tajemnice sąsiadów, którzy nie są tak idealni jak próbują się przedstawiać; gwiazd życia publicznego, które za parawanem piękna, ideałów i bogactwa prowadzą podwójne życie. Potrafił zuchwale sięgnąć do mrocznych postaw swoich rodaków w czasach drugiej wojny światowej, gdy spora część z nich walczyła po stronie hitlerowskich Niemiec.

Nesbo prowadzi wielowątkowe, niezwykle prececyzyjnie zbudowane opowieści kryminalne z problemami społecznymi w tle.

Robi to tak dobrze, że często problemy bohatera, jego walka z własnymi demonami staje się ważniejsza niż poszukiwanie przestępcy.

Dotykając tej świetnie opisanej przez autora codzienności wnikamy w mentalność tej drugiej Norwegii, schowanej przed publicznym widokiem.

Jedną z takich historii jest „Pierwszy śnieg”, siódma powieść cyklu o Harrym Hole. Wciągająca historia o psychopatycznym mordercy mordującym zimą, który tuż przed dokonaniem zbrodni stawia bałwany przez mieszkaniami ofiar. Kiedy detektyw Hole rozpoczyna pościg za przestępcą okazuje się, że sprawa dotyka jego samego, a zamiana ról staje się kwestią czasu.

Harry otrzymuje do pomocy przybyłą z Bergen policjantkę Katrine Bratt, która chowa przed detektywem tajemnicę z przeszłości i nie trzeba być Harrym, by wiedzieć, że ma to związek z bałwanem.

Przyznasz, że to świetny materiał na film? Gęsty, wielowątkowy kryminał ze społecznymi obserwacjami w tle, gdzie praktycznie każdy ma swoje racje. Gdzie makabryczna zbrodnia zostaje przełamana równie makabrycznym humorem. Gdzie główny bohater staje się na swój sposób odpychający, ale kibicujemy mu, bo wiemy, że jest ofiarą swoich czasów, a nikt nie jest dziś cżłowiekiem bez skazy.

Niestety ekranizacja „Pierwszego śniegu” nic takiego nie oferuje. Co prawda ładnie oświetlony i sfotografowany, ale… Nie ma w nim praktycznie nic, za co kochamy Jo Nesbo!

Zamiast wielowątkowej historii z gubieniem tropów i wodzeniem za nos widza mamy tępą psychologię. Drugi plan w zasadzie nie istnieje. Na kpinę zakrawa fakt, że większość bohaterów, wątków jest zbędna! Jeśli widziałeś już ten film, przypomnij sobie rzeczy, które w tym filmie były niby potrzebne, ale okazały się zupełnie zbędne. Nawet nie sprawdziły się jako „gubienie ogona”.

Zastanawiam się, co mógłbym powiedzieć o głównym bohaterze. Hmmmm… niby pije, niby stacza się… Tyle, że nagle staje się czystym człowiekiem. Tak znikąd? No proszszsz…

Z przekąsem przypominam sobie, że w jednej z książek Harry zły jest, gdy słyszy anglojęzyczną wymowę swojego nazwiska. Jaką? Dokładnie taką, jak w filmie. To taki detal, ale też mówiący, jak twórcy podeszli do realizacji filmu.

Niby wszystko gra, bohater grany przez Michaiła Fassbendera wygląda, jak powinien wyglądać Harry Hole, ale coś nie pasuje. Podobnie, jak postać jego byłej kobiety i przybranego syna. Miał być świetnie rozegrany psychologicznie wątek nieumiejętności poradzenia sobie z konsekwencjami podjętych decyzji, a wyszło… w sumie nawet nie wiadomo co.

Poszukiwany przestępca okazuje się emocjonalną wydmuszką, bez krzty charakteru. Nawet nie jest zabawny. W żaden sposób. Wyobrażacie sobie, jak genialnie zrobiłby to Scorsese?

Zastanawiam się, co mógłbym po obejrzeniu tego filmu powiedzieć o Norwegach. Wiem, że potrafią być skryci, udawać szczęśliwych, mają świetne poczucie humoru i są życzliwi. Wiem też, że jednocześnie potrafią się zdradzać, nie umieją radzić sobie z problemami i piją po kątach oraz zażywają psychotropy. To tak w skrócie.

Po obejrzeniu „Pierwszego śniegu” nie powiem o nich NIC. Kompletnie nic. Nie wiem kim są, dlaczego.

O samej Norwegii wiem z filmu tyle, że w pobliżu Oslo znajduje się Droga Atlantycka. I tyle. Brak jest humoru sytuacyjnego, z którego słyną Norwegowie, brak tych ich pozytywnych dziwactw, brak… w ogóle samej Norwegii w tym filmie o Norwegii.

Przeszedłym do porządku dziennego nad spartoleniem kinowej wersji „Pierwszego śniegu”, bo to przecież nie pierwszy przypadek schrzanienia ekranizacji, prawda?

Nie mogę jednak przeboleć castingu. To, jak zmarnowano niesamowity talent Sofii Helin, która nawet nie zagrała, bo nie miała czego, a jej rola ograniczyła się do wytrzeszczania oczu przez pierwsze może pięć minut filmu.

Do tej pory mam w pamięci wybitną postać Sagi Norien z serialu „Most nad Sundem”, gdzie Helin zagrała popapraną policjantkę, której popapranie życiowe równe może być jedyne Harremu. I jestem pewien, że Helin w roli Katrine Bratt mogła przyćmić samego Fassbendera. Ale nie, producenci woleli do roli bergeńskiej policjantki wybrać aktorkę bez grama charyzmy. Jak ona się nazywa? No, ta dziewuszka z Mission Impossible 5… No tak, Rebecca Ferguson.

Dobra, nie ciągnijmy tego. Nie udał się chłopakom film i raczej marne szanse wróżę na kontynuację. Miało być złoto, wyszedł klocek. No zdarza się.

Może Netflix uratuje Harrego. I tej wersji się trzymajmy.

Przemek Saracen

Skomentuj

2 KOMENTARZE

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)