reklama na szczycie wpisu

Upały takie, że jajcy ciągną się po ziemi, ryby szukają ochłody w cieniu pod drzewami, a myślenie dostało bezterminowy urlop. A tu jeszcze napisać coś trzeba, nawet nie dlatego, że obiecało się, ale po prostu trzeba, bo z wprawy nie wolno wyjść, oj.

 

No dobra. Najpierw małe wyznanie wiary. Lubiłem “Predatora” jednak nie na tyle, bym gotów był umrzeć w jego imieniu. Nie będę w jego obronie urządzał Grunwaldu ani Europride. Nie uważam, że Arnold był nieodzownym składnikiem tego filmu. “Predator” jest dla mnie świetnym kinem akcji, w której bohaterowie mający o sobie przemniemanie stopniowo zdają sobie sprawę, że zwyciężyć nie mogą. Nie znają, nie rozumieją rzeczywistego przeciwnika. Chcą jak najdłużej pozostać żywi.

Fajnie oglądało się to kozactwo, którego kulminacją był rozpiździaj obozu gwatemalskiej partyzantki. Zwyczajowy jankeski buch, guma w pysku, napinanie mięśnia łydki, bieganie z zadartym ogonem. Nikt nam nie podskoczy, oi oi oi! W sumie od tego momentu podoba mi się ten film, który zmienia się w historię o takim najbardziej pierwotnym strachu przed czymś czego nie rozumiemy. Przestajemy myśleć. Napięcie narasta, atmosfera gęstnieje.

Uciekamy, lecz wiemy, że on tylko odkłada śmierć w czasie. Jeśli na chwilę opamiętamy się, może uda nam się pokonać wroga… Przecież Arnold Kupa Mięśni rozwalił Predatora nie sumą masy swej, ile zwarciom między nerwami, w masie szarej, czy czymś takim. Zrozumiał, że tylko sprytem pokona przeciwnika, który jak się okazuje swój honor ma. Nasz, polski. Woli zginąć, niż się poddać.

Historia o walce z przybyszem z kosmosu była nadzwyczaj sprawnie nakręconym thrillerem łączącym co najlepsze w kinie komercyjnym. Widowiskowość- nie tylko sceny walk, ale sfotografowanie dżungli, która osaczała, stawała się jednym z bohaterów, nigdy nie spała i czekała na okazję, by pokonać przeciwnika. Napięcie zagęszczające atmosferę, która po prostu oblepiała.

Sceny akcji. Dźwięk. Muzyka. Elementy, które połączone w całość dały świetne efekty. To wreszcie jeden z najfajniejszych wizerunków kosmitów, jakiego wydaliło kino. Tak przy okazji ciekawe, że niemal każdy filmowy stwór jest brzydki jak kupa, ale technologicznie przewyższa nas o 304823 pięter. No w każdym razie “Predator” nie zestarzał się i wciąż pozostaje jednym z najlepszych filmów akcji ever.

Mijają latka i trzeba coś z tak pięknie rozpoczętym bohaterem coś zrobić, prawda. Jacha, powstało parę kontynuacji “Predatora”, ale tak naprawdę żadnej z nich do końca nie mogłem obejrzeć. A to kolejna część “Zabójczej broni”, czy coś takiego, gdzie Predator był partnerem Dannyego Glovera, bo w tym czasie Mel Gibson miał jakieś interesy z Żydami, czy coś w tym stylu (no, mogę być tu nieprecyzyjny), czy jakieś bajki, w których głaszcze się z jakimś kolesiem bez oczu o długim ogonie. No takim, który ma gębę w gębie, kumacie już chyba? No.

I tak minęło to 23 lata. Arnold już nie ten, ale biznes jest biznes. Obejrzałem zajawki, patrzę Szpilman. Aha, czyli znowu będą uciekać, byle przetrwać za wszelką cenę, myślę. No ale dobra, idę. Miałem do wyboru albo nowego Fryderyka Kruegera, albo przygody bambo w kosmosie…

I wiecie co? Nie żałuję. “Predators” jest naprawdę fajnym filmem. Zastanawiałem się, co zrobią twórcy, by wrzucić jakiś element zaskoczenia, przecież wiemy, że jedynka pod tym względem jest debeściak. Wiemy też, czego z grubsza się spodziewać. I cały knyf polegać musiał teraz na odpowiednim żonglowaniu i układaniu puzzli. I udało się, choć jasne, że niektóre rzeczy można było zrobić lepiej, np. pojedynek żółtka z jednym z Predków. Uratowali się pójściem w klimat walki, co nie było takie złe, ale też mogło być lepsze.

No dobra, ale chcesz zapewne wiedzieć, co oprócz zestawu obiadowego “7 nuggetów w dżungli” dla łowców jest jeszcze, co? Rozejrzyj się. W tej chwili widzisz wokół siebie od chuj błysków. Nie widzisz? To słabo patrzysz. Albo jesteś w nieodpowiednim miejscu.

Te błyski to element polowań na ludzi. Chodzi o to, że Predatorzy przysyłają na Ziemię ekipy impresaryjne, mające dostarczyć im element rozrywki w tym szarym, doprowadzającym do depresji świecie. Wszak Predator to też człowiek i potrzebuje motywacji. Impresario typuje kandydatów na gwiazdy. Są nimi zwykle kolesie biorący udział w konfliktach zbrojny. Nie zawsze walczą w słusznej sprawie, po prostu mordują, zastawiają pułapki na innych, znęcają się nad ofiarami.

Lubią swój fach. Odnajdują swoje człowieczeństwo w mordowaniu bliźniego. To ludzie, którzy mając do wyboru dostatnie życie, a brodzenie z karabinem po bagnach Etiopii zawsze wybiorą to drugie. No nie powiem, bym lubił takiego bohatera, nie wiem, czy zbytnio kibicuję mu w starciu z kosmitami. Bo co mnie obchodzi Rusek porwany z czeczeńskiego frontu, rzeźnik z Sierra Leone, latynoski porywacz- sadysta, najemnik i podobni im ludzie?

I gdy jeden z drugim zostają porwani na obcą planetę stając się zwierzyną łowną, zaczynam wierzyć w sprawiedliwość; co chuju, myślałeś że mordowanie ludzi, patroszenie ich, znęcanie się nad nimi, traktowanie jak ścierwa jest ok? Daje adrenalinkę? Pozwala odnaleźć się w świecie pełnym chgw? Że łamanie jakichkolwiek zasad honorowych jest w porządku? Nie, nie kochaniutki. Ja cię za to nienawidzę.

I w moim imieniu ten brzydki, wielki brutalny, szybki kosmita wymierza ci karę. Jednak w przeciwieństwie do ciebie moje zbrojne ramię ma zasady i honor.

I to jest zasadnicza różnica między pierwszym filmem, a “Predators”. Oczywiście nie jest to jakiś gniotojajny film z niesamowitymi zwrotami akcji, choć pewne zdarzenie jest dosyć sympatyczne, leciunio zaskakujące. Powiedzieć? Nieeee…

No w każdym razie okazuje się, że nic nie jest oczywiste, nawet w świecie drapieżników są pewne kwasy, rodowe zwyczaje, hierarchia, sposób polowania. Jest fajnie budowane napięcie. Predatory są ładne i faktycznie biją, aż miło.

Ponadto lubią swoją pracę, zbierają trofea jak Tony Halik i fajnie przystrajają się zdobyczami swymi. Podejrzewam nawet, że swego czasu chcieli zawinąć Halika, ale jak pamiętam spryt, taką zagłobowatość naszego rodaka, całkiem możliwe, iż to boski Tony wcisnął im trofea, które Predatory obnoszą, jako zdarte z wroga. No nieważne, jest jak jest, zgoda buduje.

Akcja fajnie zatrybia się, by szybko złapać właściwy rytm i konkretnie treść zapodawać. Finałowa rozwałka jest dosyć ciekawa, bo pokazuje, że Szpilman nie tylko umie wpierdalać ogórki i chować się po ruinach. Potrafi też wyskoczyć na solo. I to z kim! Z wielkim paszą Predatorów, boszsz, jakimż brzydkim och! Czy zdradzę finał, jeśli powiem, że bohater zginął? No zginął. Tak bywa. Ale za to jak!

Tak, to naprawdę jest fajny film.

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz