reklama na szczycie wpisu

 

Dziś o filmie, który wg mnie wykorzystano do sięgnięcia po sponsorską kasę. A dokładnie chodzi mi o dystrybutora, który wymyślił sobie “Kino konesera”, dzięki czemu potencjalni sponsorzy marzący o podniesieniu swojego statusu chętnie wyłożą kasę by przez chwilę poczuć się jak nie gołodupcy mentalni. W tym przypadku mamy do czynienia z komórkowcem “Plus”.

Jako koleś od zawsze korzystający z tej sieci jestem trochę zażenowany, ale cóż…

Filmy artystyczne, określane mianem „dla koneserów” kierowane są głównie dla wąskiej grupy widzów doceniających głębię obrazu, jego przesłanie i niezwykle złożoną osobowość twórcy.

Moje wymagania wobec filmu są proste. Pragnę, by kino poruszało, pokazywało otaczający świat. Czasem chcę zapomnieć o nurtujących mnie problemach- wtedy oglądam kino tak rozrywkowe, że rumienię się ze wstydu.

Miło mi, gdy bohaterowie filmowego świata nauczą mnie czegoś. W niektórych wypadkach zszokują. Ciekawie jest poznać obce zwyczaje, kultury. Problemy, którymi żyje świat. Chcę, żądam! by kino zadziwiało mnie, ogłuszało, a nawet ogłupiło. Ale zawsze w jakimś celu. Chcę przeżywać.

Film musi mieć przesłanie. Jakiekolwiek, ale musi mieć przesłanie. Tylko wtedy jestem w stanie zrozumieć twórcę, choć mogę wyjść z kina niezadowolony. W zamian musi dać mi szansę mając COŚ do powiedzenia. Przecież we wszystkim potrzebna jest jakaś myśl.

Przy okazji premiery filmu „Takeshis” okazało się, że moje oczekiwania są zbyt wygórowane.

Z filmem Takieshiego Kitano mam problem. Muszę uczciwie przyznać, że nie wiem, po co powstał ten film. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie nie dał mi ŻADNEJ szansy na to, bym doszukał się w jego dziele JAKIEJKOLWIEK myśli.

„Beat Takeshi prowadzi intensywne, niekiedy surrealistyczne życie gwiazdy show- biznesu. Jego blond alter ego- Kitano, nieśmiały kasjer sklepowy, jest nieodkrytym jeszcze aktorem, czekającym na swoje pięć minut. Gdy drogi obydwu krzyżują się, ich życie ulega kompletnej przemianie”. To cytat oficjalnego streszczenia filmu. Sęk w tym, że w „Takeshis” nic się nie dzieje. Nic! Otrzymujemy pseudoartystyczny bełkot, ani śmieszny, ani przejmujący. Kitano serwuje zlepek niepowiązanych scen, które są tak idiotyczne, że nawet nie śmieszą, lecz zmuszają do pytania: „co to jest?” Pół biedy, gdyby było to tylko moje odczucie. Na nieszczęście (albo na szczęście) nie tylko mi towarzyszyło zażenowanie- zapytani o ocenę widzowie byli bezlitośni.

Szkoda, bo „Takeshis” zawiera tropy mogące sprawić, że powstałby ciekawy film. Już sam punkt wyjścia: gwiazda i jej sobowtór, jest samograjem. Wydawało się, że będziemy mieli do czynienia z opowieścią o człowieku, którego podobieństwo do znanego aktora jest przekleństwem. Człowieka, który czuje się zżerany przez swoje pragnienia, pogardzanego i wyśmiewanego. Popychadło, które nie ma prawa do szczęścia. Zdesperowanego mężczyznę, który desperacko próbuje zmienić przyszłość do tego stopnia, że postanawia zabić gwiazdora i zająć jego miejsce.

Innym tropem, którym Kitano do pewnego momentu podążał była opowieść nawiązująca do filmu „Upadek” ze świetną rolą Michaela Douglasa. Bardzo ciekawie mogła wyglądać osadzona w azjatyckich realiach, w konfrontacji z japońskim etosem pracy, przy wykorzystaniu czarnego humoru i przemocy historia sfrustrowanego pracownika, który oczekuje odrobiny szacunku i zrozumienia. Mogliśmy mieć do czynienia z interesującą historią, której bohater uczepia się myśli, że tylko zlikwidowanie przeciwnika przyczyni się do poprawy sytuacji. Dwuznaczność wynikająca z takiej sytuacji oraz skrępowanie widza, który nie wie, po której ze stron ma się opowiedzieć- tak, to byłby ciekawy film. BYŁBY.

Jak widać, potencjał tkwiący w „Takeshis” jest. Na nieszczęście swoje i widza reżyser porzuca ciekawie zapowiadające się wątki. Owszem, gdyby miało to jakiś cel, może dalsze nawiązanie do nich, przetworzenie, zaskoczenie widza- można to zrozumieć. Niestety ucieczka w coraz głupsze rejony nie służy ani fabule (poza tym jak można zaszkodzić czemuś, czego nie ma), ani widzowi.

Nie cieszy mnie znęcanie się nad tym filmem, chociaż to ja zmarnowałem przeszło półtorej godziny życia. Spodziewałem się błyskotliwego filmu uznanego japońskiego twórcy. Otrzymałem coś, po obejrzeniu czego z ust automatycznie pada pytanie: „co to kurwa jest?”

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz