reklama na szczycie wpisu

 

Pierwszy raz zetknąłem się z tak zrealizowanym dokumentem.

Przez chwilę poczułem się bezradny w poszukiwaniu sposobu opowiedzenia przedstawionej historii. A jest porażająca. Szybko okazuje się, że w tym, co wydawało się podejrzanie nachalne tkwi „haczyk”. W miarę upływu czasu zbiór scen zwanych roboczo „niezły pierdolnik” niepostrzeżenie ułożył się w czysty, klarowny przekaz. Sceny pozornie megalomańskie zmieniają znaczenie i zmuszają do refleksji. Ale po kolei…

Bohater i autor filmu Jonathan Caouette, chory na depersonalizację, filmuje swe życie od 11- ego roku życia. Z czasem zrywa stosunki z rodziną, z chorą psychicznie (dlaczego, zobaczycie sami) matką, ze wszystkim, co łączyło go z mroczną przeszłością. Ucieka do Nowego Yorku, gdzie wciąga go „bestia, która nigdy nie śpi”. Działalność artystyczna, przebujne życie towarzyskie, słowem nihilizm w czystej postaci. Życie z dnia na dzień.

Jednak nic za darmo; podobnie jak poprzednio, tak i teraz Jonathanowi towarzyszy ciągły strach, poszukiwanie, ból. Skąd? Jak? Dlaczego? Nie wiadomo, jednak ów strach, ten stan permanentnego rozstroju nerwowego stał się dla bohatera na tyle naturalnym stanem ducha, że jego geneza zdaje się nie mieć znaczenia. Bo czy zastanawiamy się po co nam organy? Owszem, czasami. Wydają się jednak tak oczywiste, że nie wnikamy, o co w tym wszystkim chodzi. I Jonathan zdaje się tak samo zachowywać wobec swojej paranoi.

Fakt, żyje jakby w opętaniu, zdaje się, że na swój sposób nawet polubił swoje drugie ja. Mimo pulsującego strachu. Forma, w jakiej widzimy stany psychiczne bohatera (gwałtownie zmontowany dźwięk, chore wizje plastyczne itp.) są na tyle sugestywne, że nie dociekamy, nie wątpimy. One są. WIDZIMY JE. I razem z Jonathanem popadamy w obłęd. Wydaje się cudem, że Jonathan jest w stanie w ogóle funkcjonować.

Nieoczekiwanie otrzymuje wiadomość, że jego matka przedawkowała lit. Jest to punkt zwrotny filmu. Bohater postanawia wrócić do korzeni, do Teksasu, z którego uciekł, w którym wszystko się zaczęło. Jedyne wyjście to zmierzenie się z mroczną przeszłością, oswojenie się z nią, i z być może, odkupienie.

„Tarnation” jest filmem, którego wchłonięcie wymaga czasu. Jest trudny, cholernie trudny, można się przestraszyć. Ekshibicjonizm sięga zenitu i sprawia, że mamy do czynienia z zupełnie nową jakością w filmie dokumentalnym. Mrok opowiadanej historii przyprawia (o paradoksie!) z jednej strony o obrzydzenie, a z drugiej strony o współczucie. To siła tego filmu.

Reżyser spiętrzył emocje do granic możliwości, a kto wie, czy w wielu momentach owe granice nie zostały przekroczone… Dramat Caouette`a nie polega na prostym zmaganiu się ze swoją psychozą. To rozpacz człowieka, który żyje w dwóch kompletnie nieprzystających do siebie światach. Zachowanie przynależne jednemu z nich wyklucza adekwatną reakcję tego drugiego. Wszystko w jednym człowieku i w jednej chwili. Niestety to nie wszystko.

Bohater panicznie boi się swojej przyszłości. Kocha i nienawidzi- jego miłość i wrogość skierowane są przeciw najbliższym. Coś wydawałoby się niewytłumaczalnego, ale czy w przypadku Jonathana możemy mówić, że cokolwiek jest wytłumaczalne? Po prostu takie jest. Z chaosu „Tarnation” nieoczekiwane wyłania się myśl sprawiająca, że reżyser/bohater jest nam w gruncie rzeczy bliski: rozpaczliwy i agresywny krzyk (nawet nie wołanie) o prawo do życia w spokoju i szczęściu. Jest to krzyk jakby wyrywany wprost z trzewi.

Podczas projekcji przypomniał mi się utwór „Freedom” grupy Rage Against The Machine. Pod koniec piosenki wokalista wydziera z trzewi krzyk o wolność: „Freeedom!” właśnie. Krótkie słowo i krótki fragment, który porażał i został w pamięci. Tak samo jest z „Tarnation”.

Czy macie odwagę zmierzyć się ze swoją mroczną stroną?

Przemo Saracen

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się materiał, zostaw komentarz, proszę :)