reklama na szczycie wpisu

Ależ ten Hiccup jest…Nie dość, że ma na oku fajną laskę Astrid, to zamiast tego woli uganiać się za petami, wróć! Zwierzaczkami…Chociaż, chociaż…jeśli miałbym na imię tak jak ten kolo, to pewnie też straciłbym kontrolę nad emocjami i poszedł w zupełnie innym kierunku. Ale, ale! Punk`s Not Dead! A ja dzięki temu mam szansę wrócić do początku, by pokazać ci, czym jest ten film. Albo i nie pokazać, bo jak wiesz mogę zupełnie popłynąć.

I mieszka ten chłopiec w Berku, który jest wioską opanowaną przez Wikingów. Opanowaną, bo jak wiadomo Wikingowie nie zajmują, nie goszczą, nie gospodarzą, nie wizytują- Wikingowie opanowują! No dobra, mieszkają sobie w tym Berku i co jakiś czas wymieniają mieszkania na nowe, co nie jest znowu efektem ich świetnej polityki grabieżczo- kredytowej, co nieoczekiwanych elementów przyrodniczo- losowych. Dobrze, że nie było wtedy firm ubezpieczeniowych, których agenci popełniliby pewnie nie raz zbiorowe samobójstwa.

Ale o co chodzi Mad Dog, o co chodzi, w mordę misia! Powoli, zmierzam do końca, choć szczytować tak szybko nie zamierzam, to zarezerwowane na inną okazję.

I widzisz, ten cały Hiccup to dzieciak jest. Nie jest zwalisty, jak jego ziomale. Jest chucherkiem po prostu. A na dodatek jest synem wodza, który nie może pogodzić się z tym, że jego syn z jakiegoś powodu nie chce walczyć, nie lubi przemocy.

Ma za to w kieszonce notesik i długopisik, na dodatek jest kimś w rodzaju usprawniania rzeczywistości, czyli wnioskowaczem racjonalizatorskiem. Ale faktem jest, że ma głęboko w kroku wikińską przemoc i dążenie do opanowania wszystkiego ogniem i mieczem. Nie, Hiccup nie jest gejem, przecież uszczelki puszczają mu na widok Astrid, więc spoko.

Dochodzimy do sedna. Do zwierząt gospodarskich, które przyczyniają się do wymiany chałup Berkowiczan (choć gdy tak sobie patrzę, to mi to zalatuje nieco żydowskimi Wikingami, ale co tam). To smoki. Co jakiś czas napadają wioskę, łupią ją ze zwierząt przy okazji strzelając ogniem to tu, to tam. I kto wie, czy pożoga nie jest spowodowana bardziej przemożną chęcią odwetu ludzi, niż smokami, które biorąc co swoje chcą po prostu odlecieć i…

Ech, znowu wtrąca się Hiccup, który chce udowodnić ojcu, że nie jest pedalęciem i ma w sobie parę Wikinga. Zbudował ów chłopiec więc armatkę niewodną, którą strzelił w kierunku nieznanego do tej pory smoka; przerażającego, szybkiego, owianego ponurą legendą- Ślepej Furii. I co? Jajco. Smoki odleciały ze świniami, wioska dopala się. Ojciec opieprza syna, że nie jest takim, jakim miał być. A przecież każdy Wiking to ohoho i jejciujejciu, nie?

Hiccup postanawia więc opuścić wieś, co też czyni skoro świt. W lesie spotyka nieoczekiwanie…no co, no co? Ano Ślepą Furię spotyka. Spętaną zawartością hiccupowej armatki. Chłopczyk cwaniutki wyjmuje nożyk do zbierania poziomek i cwaniacko rusza do ubicia smoka, który spętany nie ma się jak bronić. A to przecież Nocna Furia! Kumacie, co? Gówniarz zabija gada- i to jakiego- po czym wraca w chwale do wsi. Stary i jego przydupas zadowoleni, pozostali wniebowzięci, że synalek dupalek nareszcie stał się mężnym Wikingiem! No nic, tylko z radością w sercu i Alleluja na ustach rżnąć bydlę!

No nie jest łatwo, nie jest. Zwłaszcza, gdy trzeba stanąć twarzą w twarz. Oko w oko. Poczuć ten sam strach przed nieznanym. Tę podskórną więź, której przecież nie widzisz, nie poczujesz dotykiem, nie poliżesz, ani nie usłysz. Ale przecież wiesz, że ona jest. Wchodzisz w to na pewniaka. Tak, tak, czujesz strach, czujesz. Tyle, że jest on przykryty tym cosiem sprawiającym, że gotów jesteś na konflikt z bliskimi sobie ludźmi. Bo wiesz, że możesz ich przekonać. Że mylą się.

Że to, co wydaje im się zabójcze, wrogie, obce- takim nie jest.

I tu zaczyna się jakby inny film. Film. Nie jakaś pieprzona animacja, czy bajka dla przygłupów, typu Shrek, gdzie miałeś mieć grubo ciosane postaci, bo tylko wtedy mogłeś jakoś je odebrać, brechtu brechtu. Swoją drogą nie mam pojęcia, jak ten cykl, który rozpoczął się piękną historią o przyjaźni, doszedł do swej chamskiej parodii, której szczytowym punktem stała się trójka. Dobra, nieważne. Chcę tylko zwrócić na coś uwagę. Film o zielonym grubasie powstał w tej samej stajni, co “Jak wytresować smoka” i pięknym jest, że producent potrafi pójść dalej, rozwinąć się. Dojrzeć do tego, że animację przestajemy odbierać jako baję, a pełnoprawny film. Tak, tak, tak!

Wracam do filmu, bo wychodzi mi podsumowanie. Od momentu zadzierzgnięcia więzów między Hiccupem, a Ślepą Furią mamy nie tylko prostą historię o przyjaźni między wrogami. Chciałem powiedzieć charakterami, ale to głupie. Jeśli przełożymy sytuację na nasze realia, to przecież gdzieś na Antarktydzie i Czesji znajdziesz podobne charaktery, które porozumieją się, mimo różnego języka, kuchni, kultury, której elementy mogą okazać się wspólne. Zresztą, skoro związki między Irakijką a Amerykaninem mają rację bytu przy początkowym mocnym oporze swoich środowisk, związek między Hiccupem a Wściekłą Furią (nazwaną w filmie Szczerbatkiem) zaczyna jawić nam się jako bliski.

Nie będę przecież opowiadał ci całego filmu, bo to jest bez sensu, choć gdybym to zrobił, miałbym zapewniony etat w Gazecie Wyborczej. Równie dobrze mógłbym filmu nie obejrzeć, a mimo tego mówić wam o nim, co dałoby mi status renomowanego krytyka również w Gazecie Wyborczej. Albo mógłbym go kompletnie nie zrozumieć, co dałoby mi pracę w Polityce. Ale nie o to chodzi.

Chodzi o świetny film przygodowy, w którym obok wątku wzajemnej pomocy i przyjaźni mamy do czynienia z oporem własnego środowiska, które po prostu nie rozumie, że to co inne jest gorsze, złe. Tak prawdę powiedziawszy, co mają myśleć ci biedni Wikingowie, mający mózg w pięści i kuflu, skoro są nieustannie od setek lat napadani, ograbiani, paleni przez latające bydlęta? No weź. I z pokolenia na pokolenia narasta niechęć, przeradzająca się w bezinteresowną nienawiść, w której próba zrozumienia drugiej strony świadczy o słabości.

Trzeba opiero takiego trochę nieogarniętego Hiccupa, który pokazuje pozornie mądrzejszym, że mylą się. Potrzeba konfliktu z własnym ojcem, by ten zrozumiał, że to ten jego niewikiński syn ma rację, że to chucherko, które przynosi wstyd rodowi, ostatecznie ratuje i ród i wioskę. Przy pewnych stratach, co jest nieuniknione. Są takie chwile, gdy dopiero ostateczna próba pozwala wykazać się człowiekowi tak, by ukazał całe swoje człowieczeństwo w obliżu zagłady. I tak jest w tej niby bajce.

I wiesz co mnie najbardziej poruszyło w tym filmie? Nie kapitalne sceny batalistyczne, ostateczna konfrontacja, poszukiwania smoczego gniazda. Jasne, jest to uczta dla oczu i bez nich film byłby jakimś szwedzkim dramatem psychopatycznym. Nie cudowna kreska i animacja postaci. Istotą, przynajmniej dla mnie jest konflikt ojca z synem, który wykazując niebywały wprost hart ducha sprawia, że jego dumny ojciec, zaczyna rozumieć syna, zaczyna rozumieć dotychczasowego wroga (ratuje mu przecież życie!), przyznaje się do błędu, a po początkowym wyparciu się Hiccupa przyznaje się do błędu i ja wiem? prosi o wybaczenie? No tak to odebrałem.

Dziwne to uczucie, gdy dorosły facet ogląda z ugrzęźniętym w gardle głosem animki tulące się do siebie, heh.

Przemo Saracen

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się materiał, zostaw komentarz, proszę :)