reklama na szczycie wpisu

Każdy, kto wyjeżdża do Norwegii pamięta o tym, by zabrać najbardziej niezbędne rzeczy. Ci, którzy jadą autem nie mają problemu z większym bagażem, jednak ci, którzy podróżują samolotem muszą liczyć każdy gram bagażu i ze łzami w oczach dokonują negatywnej selekcji ograniczają się do rzeczy naprawdę niezbędnych do przeżycia.

Pomogę ci i podpowiem, że możesz wziąć tylko litr butelki wódki. Dwa litry piwa. Półtora litra wina. Nie więcej.
Oczywiście możesz ryzykować, albo dać sobie radę w inny sposób, na przykład będąc już po odprawie wchodzisz do sklepu wolnocłowego w terminalu i zaopatrujesz się w baterię soku z ziemniaków, czy innego zboża, prawda.

Nie bardzo wiem, jakie są teraz ceny alkoholu u ludków, ale jeśli jesteś już na miejscu i wypijesz, co przywiozłeś – musisz liczyć się z tym, że udając się na ryby trzeba wziąć co nieco.

Zapewne myślisz, że pójdziesz do sklepu monopolowego i spokojnie kupisz co trzeba. Hmmm… No jest z tym różnie.

Musisz bowiem wiedzieć, że sklepy monopolowe w Norwegii to państwowe placówki o nazwie Vinmonopolet i jest ich w kraju niespełna 300.

Sklepy te mają tak ustawione godziny otwarcia, że pokrywają się one zwykle z godzinami pracy przeciętnych ludków. Musisz się naprawdę starać, albo czekać na sobotę, a i tak nie jest pewne czy nie załamiesz się po wejściu do sklepu.

Sklep jak sklep, chciałoby się rzec. Tyle, że ten sklep to również placówka doradcza, powiedziałbym. Pracownicy są szkoleni nie tylko w doradztwie, ale również profilaktyce, a to oznacza na przykład, że może się zdarzyć, iż zostaniesz pouczony o szkodliwości spożywania alkoholu. Na szczęście zawsze możesz pokazać, że ty tylko pa ruski, no ale zawsze.

Wiedz, że tubylcy płacą w tym kraju niemal wyłącznie kartą. Nawet dzieci ją posiadają. I tak jak w przypadku płatności plastikiem, każda transakcja jest analizowana. Jeśli system uzna, że w ciągu krótkiego czasu kupujesz za dużo alkoholu, odpowiednio wyszkolony pracownik Vinmonopolet zaproponuje ci wzięcie udziału w terapii odwykowej. Ciekawe, co?

Kiedy znajdziesz w końcu regały z wódką, możesz uśmiechnąć się i zapłakać rzewnie z nostalgii, bo oto przed tobą butelki z polską czystą. Zaraz, zaraz! Tylko dlaczego nie ma znanych marek, ino jakiś „Dworek”? I to po 400 koron za pół litra???

Przyznam, że nigdy nie spotkałem w Norwegii innej polskiej wódki w monopolu. Może niedawno jakąś wprowadzili, ale spotkałem się tylko z „Dworkiem” i już.

Wychodzisz więc ze sklepu zszokowany i niemal ze łzami w oczach, na szczęście są pomocni rodacy, którzy zadzwonią gdzie trzeba i za 300 – 350 koron cieszysz się litrowym „Sobieskim”, dzięki któremu łowisz największe dorsze na świecie w towarzystwie niewidzialnych przyjaciół.

No, to smacznego!

Przemo Saracen.

Skomentuj

Skomentuj korzystając z FB, G+, Disqus lub tradycyjnego systemu komentarzy!