reklama na szczycie wpisu

Praca.

Ubóstwo.

Edukacja.

Dostęp do kultury.

Wynagrodzenia.

Nie wiem jak dla was, ale powyższe słowa to jakby klucz do uratowania polskiego społeczeństwa. Przez chwilę myślałem nad pojęciem „emerytury”, ale jest to tak pojemne pojęcie, że wymagałoby osobnej notki, a przecież chodzi mi tu o coś w rodzaju takich zmian w prawie oraz jego egzekwowania, by rozpoczynający dziś pracę ludzie (no i rzecz jasna ci pracujący) mogliby być w miarę pewni w miarę pewnej emerytury.

Praca, niwelowanie ubóstwa, edukacja, dostęp do kultury i wynagrodzenia. Te pięć pojęć to wg mnie filary dzisiejszej lewicowości. Myślę, że dopiero po jakimś uporaniu się z nimi możemy mówić o wprowadzeniu na sztandary obyczajowości, różnorodności, ziołowości, marihuanowości.

Nie chcę być źle zrozumiany (w końcu moi znajomi wiedzą o co mi chodzi, ale przecież nie tylko oni czytają to, co wypocę), bo różnorodność językowa, kulturowa, mentalna, religijna, seksualna i jaka tam jeszcze jest w kosmosie- jest dla mnie ważna, fascynująca i inspirująca; w końcu dzięki starciu się idei, inteligentnej rozmowie przeciwstawnych poglądów, może powstać coś nowego. Można stworzyć zupełnie nowy nurt. Nową rzeczywistość. Nowego człowieka.

W końcu najbardziej jaskrawym przykładem syntezy wierzeń, tradycji, religii, światopoglądów jest chrześcijaństwo.
Wydaje mi się, że znaczenie owej różnorodności jest stawiane u nas trochę od dupy strony. Jak zwykle zresztą. W końcu to niemal tradycja, że kochamy ustawiać innych do pionu, rozwiązywać cudze problemy i wychowywać cudze dzieci, niż zająć się swoim życiem i budować swój mikroświat od podstaw.

Dupy strona w tym przypadku to nasze kochane partie lewicowe, w których brak jest lewicowej wrażliwości.

Czy zauważyliście ostatnio, by SLD, Ruch Palikota (ale pusto w tym domu), Razem i tak dalej i tam tego poruszały problemy, o których napisałem na początku? Czy słyszeliście o pomysłach, projektach, inicjatywach zajmujących się tymi problemami? Czy usłyszeliście o sięganiu do ludzi z dołu? Tych, którzy mają kontakt z nami – szarym ludziom, którzy zaczynają się dzielić na tych, którzy już spierdolili z tego kraju i na tych, którzy jeszcze walczą, choć mają coraz mniej sił?

Oglądam telewizję, słucham radia i naprawdę ciężko mi wyłowić coś ponad wzajemne uszczypliwości, trociny Palikota, na którego upadek naprawdę przykro się patrzy, na Rysia Kalisza, który z jakiegoś tylko sobie znanego powodu uznał się za lewicowca, ale ostatnio już politykiem nie jest. Bo nie.

Na Leszka Millera, który mając na koncie znaczącą obniżkę podatku dla krwiopijców uklękł przed Kuklińskim, wraz z Kwaśniewskim wysłał nas na wojnę do Iraku, ale za to odkrył w sobie żyłkę fana Kaczora Większego. Na Aleksandra Kwaśniewskiego, który kompletnie pogubił się w meandrach polskiej polityki…

Na ludzi, którzy podczas konferencji okrzykują się ludźmi lewicy, jednak gdy opadnie z mikrofonów kurz i przecedzimy to, co powiedzieli – zobaczymy, że tam nic nie ma. Nie ma tego co nas interesuje; o pracy; o dostępie do kultury; o edukacji; o ubóstwie; o wynagrodzeniach…

Jest jakiś bełkot, który nałożony na siebie sprawia, że ludzie już się podzielili. Na tych którzy już stąd uciekli i na tych, którzy jeszcze walczą…

Skomentuj

Skomentuj korzystając z FB, G+, Disqus lub tradycyjnego systemu komentarzy!