Nie jest to jakaś kinowa katastrofa dosłownie i w przeności. To po prostu śmiertelna nuda z elementami rozpierdółki, a rzeczy pokroju „2012” czy „Pojutrze” Rolanda Emmericha nabierają w kontekście „Geostormu” rangę arcydzieła. Bez kitu.

Nie rozumiem filmowych wyborów Gerarda Butlera. Facet, który powinien mieć własną wersję filmów o chamowatych, lecz uroczych agentach widowiskowo zbawiających świat występuje w jakich ogonach pokroju „Geostorm”. Rozumiem, że dzisiejsze kino popkulturalne zniszczone przez marvelistyczny bełkot nie daje zbyt wielkiego pola wyboru, ale na boga i innych takich!

Jak nie trafiasz na plan jakiejś superprodukcji, to chociaż wymyśl sobie film o samotnym mścicielu! Skoro nawet takie drewno, jak Keanu Reeves odnosi w tym gatunku sukcesy, a denny „Atomic Blonde” spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, to weź rozpęd i walnij łbem w mur, ale nie zawracaj mi głowy takim filmowym rakiem!

Ten film kolesia, który produkował Emmerichowi filmu jak w soczewce skupia błędy, którymi karmią nas komercyjne produkcje. Naiwny pretekstowy scenariusz, bohater bez żadnej przeszłości, brak historii, która mógłaby nas w jakikolwiek sposób zaangażować, czy zagrożenie, którego absolutnie nie czujemy.

No i to aktorstwo. Znaczy co? Dobra nieważne, powiedzmy o co chodzi w tym filmie i spadajmy stąd.

Jest jakiś koleś grany przez Butlera, który zaprojektował stację kosmiczną potrafiącą rozładować pogodowe zagrożenia w każdym zakątku świata. Znaczy idzie na tornado, stacje wysyła cośtam i bach, nie ma tornada. Idzie na sztorm, cośtam z kosmosu rakietką i bach, nie ma sztormu. Susza? Jaka susza? Rakietką bach ze stacji kosmicznej i nie ma suszy.

Wszystko działa super, oczywiście pod wodzą US&A. Tyle, że wkrótce ma dojść do przekazania tej działającej pod dowództwem Amerykanów instalacji społeczności ogólnoświatowej. A nie każdemu się to podoba, dlatego nieoczekiwanie stacja kosmiczna zmienia się w zabójczą broń meteorologiczną.

A to na pustyni dochodzi do zamarznięcia całej afgańskiej wioski, a to w Brazyli dochodzi do zamarznięcia wszystkiego i wszystkich. No jaja po prostu. Jeszcze brakuje, by kury niosły jaja jak granaty.

Jedynym ratunkiem w tej sytuacji jest ten koleś grany przez Gerarda Butlera. Oczywiście niesubordynowanego, grubiańskiego i zabawnego, przy czym jest zabawny, jak rolnik, co szuka żony, takie to humorne jest. No przecież prezydent US&A nie jest w stanie ogarnąć sytuacji, a już tym bardziej tęgie umysły zgromadzone z całego świata.

Oczywiście wszystko się udaje, zły zostaje aresztowany i tak dalej, a stacja kosmiczna może pracować w pocie czoła i w służbie ludzkości.

Nie, no powiem wam, że gdyby wziął się za to Roland Emmerich to jestem pewny, że dostalibyśmy jeśli nie równie głupi film, to na pewno cholernie efektowny, z naprawdę fajnymi scenami, dostalibyśmy parę zabawnych scen, no i wszystko okraszone ekologią oraz pewnym ironicznym komentarzem dotyczącym bieżącej geopolityki.

Tymczasem tu mamy wyjątkowo głupio, wyjątkowo nieśmiesznie i wyjątkowo niewidowiskowo.

Idąc do kina nie mieliśmy jakichś specjalnych oczekiwań. Wzięliśmy cześć litrów coli, kupiliśmy pudło popcornu wielkości półczłwieka i chcieliśmy po prostu spędzić fajnie czas.

Zwykle tak mamy, że po wyjściu z kina gadamy sobie o filmie, który przed chwilą obejrzeliśmy.

A tu nic. O matko, po prostu nic. Dawno nie oglądałem blockbustera, który byłby tak nudny, tak słaby wizualnie, tak tekturowy i tak do dupy pod każdym względem.
No nic, chcecie, obejrzyjcie. Ale potem nie płaczcie, że nie ostrzegałem.

Przemek Saracen

Skomentuj

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)