sobota, Wrzesień 23, 2017
Start > BLOG > „Guns N Roses w Polsce. Gig, jakiego w Polsce nie było”. Relacja z koncertu.

„Guns N Roses w Polsce. Gig, jakiego w Polsce nie było”. Relacja z koncertu.

 

“Not In This LifeTime” – ścieżka dźwiękowa moich najlepszych wspomnień.


Wtorek 20.06. 2017

Według różnych źródeł tuż przed godziną 21.00 na Energa Stadionie w Gdańsku było od 40 do 50 tysięcy ludzi. Pełne trybuny, tłum na płycie, imponująca scena, nie sprzedają piwa (WTF?).

Piętnaście minut po planowanym rozpoczęciu koncertu (pomijam wcześniejsze występy tzw. supportu – pierwszego (Doda i Virgin) z grzeczności, drugiego (Killing Joke)- bo mimo niewątpliwych wartości artystycznych nie pasował nijak do głównego wydarzenia) dziki ryk tłumu powitał wchodzących na scenę legendarnych muzyków tworzących ikonę rocka lat 90-tych: zespół Guns N’Roses.  

Kilka miesięcy wcześniej….

Na koncert ten czekałem długo, bardzo długo… I nie chodzi o kilka ostatnich miesięcy kiedy miałem już kupione bilety i z rosnącym z dnia na dzień podekscytowaniem oglądałem filmy z ich trasy po Ameryce Południowej. Czekałem na to wydarzenie dobre 20-ścia lat, bo chociaż zespół występował dwa razy w Polsce (2006 i 2012) to nigdy w swoim topowym składzie jaki tworzą Axel Rose, Slash, Duff McKagan i Dizzy Reed.

Guns N’Roses to dla mnie więcej niż zespół rockowy. Ich muzyka to tło moich najlepszych wspomnień z okresu młodości. To był mój styl życia, soundtrack do moich miłości, łez, najlepszych imprez i pragnienia wolności. To oni uczynili ze mnie romantycznego rock’n’rollowca otwartego na świat i ludzi. Ich muzyka towarzyszyła mi od lat – zauroczyła również moją córkę, która teraz jako nastolatka miała niepowtarzalną okazję stanąć twarzą w twarz z legendą….

Gdańsk – początek

Staliśmy blisko, bardzo blisko – około pięć metrów przed sceną. Wokół nas dziesiątki tysięcy fanów, pierwsze riffy gitarowe, wielki Axl Rose na wyciągnięcie ręki – zaczyna śpiewać i….

Dramat. Pierwsze trzy utwory – totalna porażka. Przez głowę kłębią się myśli – mignięcia czytanych wcześniej komentarzy, że to już nie ten sam zespół, że za starzy, że to będzie pastisz…. Nie mogę w to uwierzyć, zwłaszcza po tych wszystkich przygotowaniach, podróży, powrocie wspomnień. Miałem już wcześniej tak wyidealizowany obraz tego koncertu, że nie dopuszczałem myśli o wpadce jednak publiczność słyszała to samo…

Jak się okazało to nie wina Axl`a a fatalnie przygotowanego nagłośnienia, które zaczęto korygować i przy czwartym kawałku, kultowym „Welcome to the Jungle” wszystko się zmieniło….

 

Od tej pory był już tylko kosmos. Axl śpiewał jak szalony, jego walory wokalne są wciąż znakomite i cytując za komentarzami fanów “powodują opad szczeny do samej ziemi”. Zresztą nie tylko śpiewał, biegał po scenie, bawił się z ludźmi, tańczył w swój charakterystyczny sposób z niezwykłą, mimo upływu lat, charyzmą. On był sceną, choreografią, współimprezowiczem i jednym z nas.

Z każdym kolejnym kawałkiem jego wokal był coraz lepszy, a kiedy doszedł do Civil War – po prostu powalił mnie na ziemię.

W trakcie tego wieczoru zaśpiewał wszystkie znane kawałki za wyjątkiem legendarnej ballady “Don’t cry” oraz jednego z moich ulubionych utworów “Ain’t it fun”. W sumie usłyszeliśmy 25 piosenek przeplatanych fantastycznymi solówkami gitarowymi – m.in. „Speak Softly Love” – motyw przewodni z „Ojca Chrzestnego”.

Muzycy zagrali również specjalną wersję „Black Hole Sun” Soundgarden w hołdzie zmarłemu niedawno wokaliście tej formacji, Chrisowi Cornellowi.

Slash

Od lat waga ciężka i absolutny top wśród rockowych muzyków. Jego charakterystyczny image z najbardziej znanym cylindrem w historii biznesu muzycznego znają chyba wszyscy. Maszyna koncertowa, gitarowy guru, król solówek, esencja rockmana.  “Ten patent znamy doskonale – gryf wędruje pionowo w górę, palce zaczynają biegać coraz szybciej, a my unosimy się nad ziemię na kilka dobrych minut. W dodatku sprawia on wrażenie, jakby to robił tak od niechcenia, bez napinania znanego u niektórych gitarowych szybkobiegaczy”.

Wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami. Slash wymiatał. Jego solówki nie tylko unosiły słuchaczy w powietrze ale też powodowały ciary i dały całemu show to, na co najbardziej liczyłem czekając na ten skład – pełnię.

Z wypowiedzi fanów: „Niesamowite wydarzenie, dopiero się pozbierałem, wewnętrzne potargało mi jelita. Petarda”

Trzy godziny

O zaangażowaniu muzyków w ten występ niech świadczy również jego długość. Pełne trzy godziny szczęścia dali zgromadzonym na stadionie ludziom, którzy odwdzięczyli się wspaniałą atmosferą, stuprocentowym zaangażowaniem od pierwszej do ostatniej minuty, wspólnym śpiewaniem i “największym rozpierdzielem w historii tego stadionu” czyli skoordynowanym skakaniem, który zatrząsł stadionem w posadach.

Minusy

Czytam teraz, już na spokojnie wypowiedzi i komentarze krytyczne. Główne zarzuty skierowane są do organizatorów – za nieprzemyślaną organizację podczas wejścia na koncert, za to że za słabe były przeszukania osób wchodzących albo że ktoś coś zrobił nie tak jak my byśmy to zorganizowali. Dużo ciekawych historii działo się na trybunach – ludzie donoszą o skandalicznym wręcz zachowaniu niektórych widzów, którzy usiedli na nie swoich miejscach! Znalazłem nawet opisy wynikających z tego konfliktów społecznych zagrożonych rozwiązaniem siłowym lub też skierowaniem nagranego telefonem delikwenta zajmującego nie swoje miejsce do odpowiednich organów ścigania. Śmieszne? Tak samo jak ludzie, którzy na koncercie ikony Rock’N’Rolla oczekują atmosfery jak w Teatrze Wielkim podczas gali Najpiękniejsi TVP.

Ale i owszem. Krystalicznie nie było. Mnie przeszkadzały następujące rzeczy:  

  1. Slash nie trzymał w ustach peta i nie zauważyłem żeby zapalił chociaż jednego papierosa podczas całego pobytu na scenie
  2. Axel Rose nieco przytył – rusza się całkiem fajnie ale powinien zrzucić ze 20 kg
  3. Duff wyglądał na zupełnie trzeźwego
  4. Zupełnie niezrozumiały dla nikogo brak piwa

Poza tym było super.

Stanley Kowalsky

Dodaj komentarz