Człowiek nie ma zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodzi o hobby w Norwegii.


Jasne, upraszczam, ale tak to mniej więcej będzie wyglądać: jest to bowiem łażenie bez celu, dominujące wędkowanie nad fjordem (rozumiecie, wielkie seje, ogromne dorsze, nadzieja na złapanie halibuta) czasem jest to grzybobranie (no, ale umówmy się, co to za hobby, gdy tutaj prawdziwki i kozaki rosną na trawnikach?), ale nade wszystko weekendowe picie.

Nie, nie mówię tu o damsko męskich sprawach, bo to w Norwegii niebezpieczna sprawa (raz, że prostytucja jest nielegalna – dwa, trzeba uważać na modliszki, ale o nich kiedyś indziej), ale o litrze wódki, czy zgrzewce piwa popijanej do polskiego kawioru, znaczy kaszanki.

Tak, wiem – zaraz oberwę w komentarzach, albo się poobrażacie. No dobra, muszę z tym żyć. No dobrze, jest też hobby, które zauważyłem u Marka, który w sezonie bawił się w zbieracza owoców. Zwykle za domami rosną zdziczałe porzeczki, maliny, można czasem znaleźć rabarbar. Choć z drugiej strony może to nie zdziczałe, a po prostu taka odmiana, traktowana surowymi warunkami naturalnymi.

No cóż, wybór mały, choć np. taki Sawyn ma zarąbiste hobby polegające na dronowaniu i fotografii – akurat to drugie podzielam, co widzicie na łamach „Mojego Codziennika”.

Tak się złożyło, że od niedawna zamieszkałem w nowym miejscu Trondheim, na Gammel- linie, w domku zamieszkałym, jakżeby inaczej – przez naszych. Na dole, w znanym wszystkim hyblu pięciu, na pierwszym etaszu my, czterech, no i nad nami to już sam nie wiem, taki był przemiał.

Wiesiu sąsiadujący ze mną przez ścianę to była taka klasyczna menda, co to niby spoko, ale wiecie, za plecami sralis mazgalis – każdy ma takiego w swoim norweskim domu, prawda. W każdym razie poznacie go po tym, że okno ma zalepionym na okno rozciętym czarnym workiem na śmieci, bo żal wydać parę koron na żaluzję lub roletę.

I on palił, a za popielnicę miał piękną kamionkową donicę. Traf chciał, że wróciła do mnie ogrodnicza żyłka, która zanikła we mnie w momencie rozpieprzenia przez norweską koparkę mojego ogródka na Leistadveien.

Pojechałem do Plantasjon (centrum ogrodnicze), które miało akurat fajne promocje na róże. Przyznacie, że 55 koron za „Queen Elisabeth II” to niewiele? Też tak myślę. Oczywiście wcześniej spytałem Wiesia, czy zdzierży fakt, że donica znajdzie swoje przeznaczenie właściwe i godne dla niej.

Wróciłem z Plantasjon dumny i szczęśliwy. Wyjąłem z bagażnika różę i kupione równocześnie dwa worki ziemi ogrodowej. Wymieszana była z jakimiś nawozami, czy coś, no nieważne.

rr-800x600

Patrzyli na mnie jak na kretyna, no ale nic, najważniejsze, że moja nowa zdobycz stanęła pod moim oknem.

Gdy już straciłem nadzieję, że coś z tego będzie, ruszyła. W krótkim czasie ruszyła w górę wypuszczając silne pędy. I zakwitła! Piękne, pachnące kwiaty.

r-800x600

Nadszedł jednak czas zjazdu do kraju. Co robić? Hm hm. I hm hm. No przecież nie zostawię jej, bo szkoda czasu jej poświęconego. No kurczę! Hm hm. I hm hm. No dobra. Zabieram ją jak stoi.

rrr-800x600

I ruszyliśmy. Było odrobinę stresu podczas zbliżania się do granicy, bo to wiadomo, jak celnicy zareagują? Na szczęście nie było problemu, bo przejechałem jak zwykle przez granicę nie zatrzymując się.

I tak dotarłem do domu. Róża wylądowała na balkonie, a wiosną znalazła swoje miejsce w ogródku. Fakt, musiała się trochę zaaklimatyzować, ale kiedy już to nastąpiło znowu wystrzeliła. I jest. Coraz piękniejsza. Coraz bardziej obfita.

rrrrr-800x600

Przemek Saracen

Skomentuj

1 KOMENTARZ

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)