reklama na szczycie wpisu

 

Człowiek stara się unikać w życiu bzdur, a i tak czasem mu się nie uda. Kiedy jednak trafi na taki bzdet, można albo się pooburzać, albo unieść na chwilę brwi, tudzież ramiona, uśmiechnąć się do siebie kącikiem lub kąciem ust i pójść dalej. Ewentualnie poklepać w klawiaturę, by wydalić z siebie krótki tekst na temat, co niniejszym czynię.

Czytam właśnie głosy oburzenia na firmę Orange, która wespół z jakąś dziewczynką, co to zakłada fikuśne majtki, czy co tam wyżuli od producentów szmat wszelakich i fotografuje się w tym – zrobiła akcję marketingową. Laska używając czegoś, co dla takich starych pryków jak ja, czyli wiarygodności wśród swoich bliskich, ogłosiła, że jej telefon ktoś zajumał i wrzuca zdjęcia z tegoż do śmietnika, jak to mówi Adaś, czyli to internetu.

A znajomi, jak to znajomi – przejęli się, bo w końcu kradzież do kradzież, a w dodatku jeszcze bezradnie ogłoszona przez ich guru, Maryję i majciarę. Szybko okazało się, że to akcja marketingowa zorganizowana wespół z Orange. Uhaha, zabawa, normalnie, boki zrywać, w ogóle super poczucie humoru i co tam jeszcze.

Nie wiem, jak czułbym się, gdyby osoba, której ufam, której opinia jest dla mnie ważna, zrobiła mnie w balona wykorzystując podstawowe cechy zaufania społecznego, czyli: zaufanie, troska, chęć niesienia pomocy w potrzebie, solidarność. To znaczy wiem: czułbym się bardzo, ale to bardzo chujowo. Przy czym jest to określenie nie oddające nawet cząstki gniewu, który nosiłbym w sobie.

Na szczęście majciara to zwykła szmaciara i to niekoniecznie z powodu wrzucanych na blogaska zdjęć.

Okazuje się oto, że można mieć głęboko gdzieś uczucia fanów, znajomych, zwolenników, gdy w grę wchodzi kasa. Można ich oszukać, obrazić ich. Zranić, zeszmacić i złamać na początku życiowej drogi (bo chyba młodziaki szaleją za majciarą). Przypierdolić z buta zaufaniem do kogoś, komu chyba wierzyły.

No nic dzieciaki, „Welcome To The Jungle”, jak śpiewał klasyk, o którym nie macie pojęcia. W sumie nawet mi was nie szkoda, bo w większości jesteście pokoleniem roszczeniowym o niespotykanej skali. Może to czegoś was nauczy, ale wątpię.

Z kolei dla organizatora tej hucpy, czyli firmy Orange wyciągam z pamięci historię. Prawdziwą zresztą. Można się do niej odwołać, pokazując jak bardzo jesteśmy oczytani, czy co tam sobie Orange wymyśli.

Jaroslaw Hasek, autor uwielbianej przeze mnie powieści „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” był tak niesfornym dzieckiem, a potem młodzieńcem, a w konsekwencji i dorośleńcem, że chwytał się najbardziej niestworzonych historii, by ratować własną skórę.

Rzecz miała miejsce za młodzieńczych lat Haska, gdy ten pojechał gdzieś na prowincję. Narozrabiał tam tak okrutnie, że sytuacja musiała skończyć się laniem dupska. W obronie własnych schabów młody Hasek wysłał do domu telegram dotyczący śmiertelnej choroby. No nic, tylko pogrzeb.

Udało się. Lanie dupska skończyło się płaczem, współczuciem i wyciszeniem awantur. Hasek zobaczył, że metoda jest skuteczna, zatem w chwilach, nazwijmy je trudnych, wymyślił swą śmierć. Pogrzeb był piękny i tłumny.

Problem pojawił się, gdy pisarz faktycznie umarł. Na pogrzebie nie było praktycznie nikogo. Zwyczajnie nikt już nie dał się nabrać. Nawet, gdy bajer okazał się prawdą.

No, to tyle z mojej strony na ten temat.

Przemo Saracen

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się materiał, zostaw komentarz, proszę :)