reklama na szczycie wpisu

Polska blogosfera strasznie rozwarstwiła się (jeśli chodzi o zarobki), ale na szczęście pojawiła się firma, dzięki której my, mali możemy pójść do przodu.

 


Nie jestem blogerem, którego odsłony idą w setki tysięcy miesięcznie, czy zaliczają wyniki sprzedaży rzędu pierdyliard złotych miesięcznie. I zakładam, że mnóstwo z was jest na tym samym poziomie.

Oczywiście jestem pod wrażeniem ciężkiej pracy ludzi pokroju „Finansowego Ninjy” czyli Michała Szafrańskiego, który dzięki ciężkiej, systematycznej pracy nie tylko zarabia godziwe pieniądze, ale przyczynia się do świadomości finansowej swoich czytelników.

Z drugiej strony mamy niewytłumaczalny – przynajmniej dla mnie – fenomen takiej Maffashion, której lumpeksiarski blog stał się niemal przedsiębiorstwem napędzanym uwielbieniem fanów, reklamą i ciężką kasą wyciąganą przez autorkę.

No w każdym razie nie jestem nawet w stanach średnich ww wspomnianych biegunów przemysłu, ale zawsze to miło wiedzieć, że uda się zarobić na publikacji swoich „wypocin” – felietonów, zdjęć, recenzji, czy relacji z podróży…

Nie, nie mam popularnego w waszym słownictwie „bulu dupy”, niech każdy korzysta ze swoich pięciu minut, bo potem ten pociąg tak czy siak odjeżdża i głupotą jest nie załapać się do niego.

No dobrze, ale jak taki blogowy malec jak ja mój ma zarobić przynajmniej na pokrycie kosztów związanych z hostingiem?

No właśnie. Reklamy Google dają przychód w ramach średnich stanów dolnego nurtu, a jeśli weźmiemy pod uwagę, że mało kto z czytelników klika w nie (choćby w poczuciu zwykłej lojalności wobec autora), albo adblokuje, to mamy jakiś tam obraz nędzy i rozpaczy. Jest też problem z Google. W każdej chwili mogą zablokować Ci konto adsense ze zrozumiałym tylko dla siebie wytłumaczeniem. Już kilka razy spotkałem się z tym, że ktoś klikając w np. USA twoje reklamy przyczynia się do, nazwijmy to, niefajnego ruchu na stronie. Ale czy jesteś w stanie zweryfikować, kto Ci klika adsense w USA lub Japonii, skoro prowadzisz bloga w Pierdzikowie Dolnym? No właśnie. A Twoje wytłumaczenia tej sytuacji Google wyrzuca do kosza.

Do tego bannery tzw. programów afiliacyjnych. Czy jest sens babrać się w nie? No nie bardzo. Zajmują ci tylko miejsce i wkurwiają czytelników. A tym samym ciebie. O paypalu, czy darowiznach to w przypadku mało znanych blogerów nie ma co w ogóle wspominać, bo ten „przywilej” zarezerwowany jest dla największych blogerów i vlogerów.

No dobrze. I co wtedy? Można siedzieć i publikować. Można siedzieć i jęczeć. Czekać. Wysyłać oferty do firm, które żądają podania statystyk (i tu wracamy do wielkich). Czasem dostaniesz propozycję barteru… Pamiętam taką sytuację, w której portal Moja Norwegia organizował nabór do swojej redakcji oferując w ramach wynagrodzenia… linkowanie do bloga. Rozumiesz? Portal, który zarabia wielką kasę na reklamach i ogłoszeniach przylepianych gdzie się da oferuje ci wynagrodzenie w formie linka. I nie widzi w tym nic zdrożnego. Może zagotować się pod kopułką, co?

No nieważne. W każdym razie trzeba szukać i jednocześnie robić swoje. I teraz przechodzimy do konkretów, bo wydaje mi się, że to co teraz napiszę jest dosyć ważne dla blogowych malców, jak ja. Nie mówię, że dało mi to jakieś poczucie wartości, bo jeśli chodzi o zawartość „Mojego Codziennika” nie mam powodów do żenady, ale zawsze to lepiej mieć poczucie, że jest to przekładalne na mamonę.

Jakoś tak z oporem bo z oporem, bez większego przekonania zarejestrowałem się na platformie, która to niby pracuje z blogami i pomaga im zarobić. Formularz rejestracyjny wypełniałem z przymkniętym okiem, bo rozumiecie – jest przecież tyyyyyyyle firm, dzięki którym zarobisz mnóstwo pieniędzy, wystarczy tylko chcieć, takie tam.

No dobrze, zarejestrowałem się, wypełniłem co trzeba, w tym zasady współpracy, cennik, wg którego wykonam dla nich usługę. Podałem symboliczną kwotę, bo przecież jestem mały, tak? Nie jestem szmateksem, nie jestem Szafrańskim, nie jest popularnym vlogerem. Przy nich mnie nie ma, a jeśli jestem, to poniżej poziomu gruntu, tak?

Ok. Odpowiednio się zeszmaciłem, by pokazać ci, że na rynku są duzi gracze i mali. Tacy, którzy jeśli trwają w blogowaniu to tylko dlatego, że mają jakąś dozę samozaparcia i konsekwencji, a na dodatek lubią to, co publikują.

Jasne, często zdarza się, że mały może być merytorycznie lepszy od tego statystycznie wielkiego, ale niestety zwykle nie jest to kryterium dochodowości. Zenek Martyniuk zawsze wygra z Radzimirem Dębskim, tak? Jeśli uświadomimy to sobie, spojrzymy na ten rynek bardziej realnie, może stwierdzimy, że trzeba iść krok po kroku.

W platformie, na której zarejestrowałem się istnieją dwa katalogi: zarejestrowanych tam blogów oraz potencjalnych kontrahentów. Pochodzą z różnych branż. Zwykle wygląda to tak, że kontrahent przedstawia się, pisze jakie ma oczekiwania, czym dysponuje. I jeśli uznasz, że pasujesz do takiego zlecenia zgłaszasz się do niego. Obok oferty jest czerwony przycisk, który naciskasz i w ten sposób informujesz go o gotowości współpracy.

I czekasz.

Jeśli chodzi o mnie długo nie czekałem. Pojawiła się oferta od producenta papierów POL, dla którego wykonałem usługę (KLIK). Wszystko odbyło się bezboleśnie, producent dostarczył materiały niezbędne do wykonania usługi.
A co z kasą? Też bez problemu. Na maila dostajesz umowę do podpisania oraz rachunek za wykonanie zlecenia.

Drukujesz, podpisujesz, skanujesz, odsyłasz mailem. Albo drukujesz, podpisujesz i wysyłasz tradycyjną pocztą.

Potem dostajesz przelew pomniejszony o prowizję dla platformy i podatek. Dlatego ważne jest byś miał tego świadomość przed podaniem cennika usług. Potem możesz mieć pretensje do całego świata, tylko nie do siebie, że nie dostałeś tyle, ile chciałeś.

Myślę, że opisany przypadek jest ciekawym rozwiązaniem dla małych blogerów. Dzięki temu można stopniowo budować swoją pozycję, rozwijać bloga i uzyskiwać stabilizację finansową.

A w międzyczasie obserwować trendy w blogosferze, bo przecież nic się nie stanie, jeśli w jakiejś części będziesz pisać o tym, co najbardziej trendy, prawda?

Aha, platforma nazywa się ReachaBlogger.pl, a ten wpis nie jest wpisem sponsorowanym, ani inną formą rozliczenia.

Jest to po prostu informacja o firmie, która skutecznie (powtórzcie to sobie kilka razy) pociągnie was i wasze blogaski do przodu.

No. To powodzenia!

Przemek Saracen

[ilustracja pochodzi ze strony opisywanej platformy]

Skomentuj

6 KOMENTARZE

  1. Heh… ja miałam stamtąd 2 niezbyt porywające zlecenia. Pewnie za mały żuczek ze mnie, a i tematyka strony może się wydawać niszowa. Teraz to już szczerze mówiąc nie chce mi się nawet aplikować do zleceń :/

    • Ja aplikuję, ale omijam bartery. A i w ofercie podaję linka do strony. Nie będą chcieli to nie. A ja nie będę się łasił.

  2. Barter czasem jest fajny jak np masz opisać np tablet,telefon i dostajesz w go w rozliczeniu lub polecasz dana książkę a wydawca daje ci ją + możesz wybrać jeszcze 5 innych,ale fakt za dużo tego ;-/ a nawet piszą byś opisywał ich usługi,firmy za free a dokładnie za linka

Dodaj komentarz