Pogoda robi się coraz gorsza i tylko zdjęcia oraz wspomnienia przywołują pamięć o pięknych, niezapomnianych miejscach.

Przeglądam zdjęcia próbując wybrać co ciekawsze w ramach „zdjęcia dnia” i trafiam na folder dotyczący Månafossen, przepięknego naprawdę sielskiego i odrealnionego miejsca, jakiego chyba zawsze szukałem.

Czasami znajomi pytają mnie, jakie są najpiękniejsze miejsca Norwegii. Ale tak po kolei. Co na pierwszym, co na drugim i tak dalej miejscu. No nie da się. Nieważne, czy jest to Kjerag, Preikestolen, Geiranger, Drabina Trolli, Lofoty, czy Droga Atlantycka, a nawet Vigdel Priest.

Każde z tych miejsc ma swój wyjątkowy charakter stawiając pozostałe obok siebie.

Tym razem postanowiliśmy wybrać się nad Månafossen. Krótki rzut oka na mapę. No tak, początkowo dublujemy się z drogą na Kjerag, potem skręcamy w lewo. Niecałe sto kilometrów. Jedziemy.

Szybki rzut oka na prognozę pogody, potem w ramach poprawki rzut okiem w niebo. Bierzemy prowiant, jednorazowego grilla, dodatkowe ubrania, gdyby pogoda nie sprzyjała i ruszamy.

Droga jest przyjemna i dobrze oznaczona.

Czym jest Månafossen?

Jest to siódmy co do wielkości wodospad w Norwegii. Woda spada z wysokości 92 metrów i dołącza do przeuroczego, małego Frafjordu.

Skąd nazwa Månafossen?

Od farmy Mån leżącej ponad wodospadem. Wielu turystów kompletnie odpuszcza wizytę w tym miejscu, a zapewniam was, że widok oraz poczucie takiej ja wiem, błogości wart jest każdych pieniędzy.

Przejeżdżając obok Frafjordu skierujcie swe kroki nad jego brzeg. Choć leżący tuż obok Lysefjord jest zupełnie inny. Kameralny, sprawiający wrażenie ciepła i bezpieczeństwa.

Stojące nad brzegiem chatki sprawiają bardzo przyjemne wrażenia, a architektura zbudowanych dookoła domów jest ciekawa.

Nacieszywszy oczy ruszamy dalej. W pamięci mamy wyprawę nad Geirangerfjord, gdy w pewnym momencie za bardzo skupiliśmy się na zbieraniu grzybów, zamiast nad celem naszej podróży.

Mijamy nieodłączny element norweskiego krajobrazu, owce oraz krowy. To zresztą coraz częstsza atrakcja kulinarna Norwegii. Niemal dziko pasące się bydło, które dzięki temu, że łazi gdzie popadnie ma oryginalny smak i niezwykły aromat. To nie ja mówię takie głupoty, to tubylcy tak reklamują tutejszą kuchnię. A że duszącej się baraniny po prostu nie można znieść ze względu na nieziemski wręcz smród…

Jak wspomniałem wcześniej drogi są naprawdę dobrze oznaczone, zatem z dojazdem nie ma problemu.

Wjeżdżamy na parking leżący tuż przy rzece. Kiedy Ania przebiera się, ja idę nad rzekę.

Chce mi się pić. Co prawda mamy w samochodzie napoje, ale mam ochotę na coś specjalnego. Na danie lokalnej kuchni. Kładę się na kamień i piję z rzeki, jakbym do tygodnia chodził spragniony.

Są tu również czyste toalety, kamienne ławki oraz stoły. Jest również skrzynka, do której wrzucasz „co łaska”. Są tam koperty, wrzucasz do nich datek, wkładasz do skrzynki. Nikt nikogo nie pilnuje, nikt niczego nie zamyka na klucz. I żadna straż z karabinami nie odbiera tych pieniędzy. Robi to przyjeżdżająca tu mercedesem sprzątaczka.

To właśnie jedna z cech Skandynawów: zaufanie do innych. Wartość, którą starają się pielęgnować. Z różnych względów jest o nią trudniej i z różnych względów przestaje dotyczyć cudzoziemców, ale to temat na inną opowieść.

Wchodzimy po uprzednio przygotowanych schodach. Oczywiście są również łańcuchy, które tak naprawdę są niepotrzebne. Kto chce, może po drodze jeść rosnące pod nosem jagody, lub zebrać grzyby.

W tle słychać stłumiony huk, który wraz wysokością przybierał na sile. Po dwudziestu minutach, gdy huk zaczął przypominać nieziemski wręcz ryk redukującego siłę silników F16 ukazał nam się On. Månafossen.

I powiem wam, że jest na co patrzeć. Ta demonstracja siły Natury, ta niepozorna rzeczka momentalnie przechodząca w rozwalający wszystko żywioł, te tysiące, czy miliony, sam nie wiem ton wody rozbijających się o ziemię, tworząc wokół siebie niemalże chmurę, a to wszystko w towarzystwie jednej, dwóch, trzech tęcz… No jest to niesamowite, jest.

I to dudnienie, taki przetworzony, zwielokrotniony huk. Nie bierze się znikąd. Na pierwszy rzut oka wodospad wygląda, jakby wypływał przez otwór w skale. Jest to jednak coś w rodzaju obszernej groty, która jak wiadomo tworzy echo. I to słychać i czuć.

Kiedy przyglądasz się wodospadowi widzisz, jak otaczające grotę skałki zmieniają kształty.

W pewnym momencie widzisz jakby rozdziawiony pysk jakiegoś stworzenia strzegącego tego miejsca.

Aparat aż się grzeje. Robimy tyle zdjęć, a tak naprawdę nie wiemy po co, przecież i tak większość z nich dubluje się i zajmuje pamięć oraz wyczerpuje akumulatory. No tak jest z wyjątkowymi miejscami; człowiek przestaje myśleć i zachwycony widokiem chce go uwiecznić za wszelką cenę.

Idziemy jakieś dwadzieścia metrów dalej. Tam jest jeszcze lepszy widok. Dochodzimy do skraju przepaści. Nad nią stoi brzoza, o którą lepiej się nie opierać. Chybocze się, a ja wraz z nią.

Gdy już nasyciliśmy oczy Ania zauważa drogowskaz.

„Idziemy tam!” – wrzeszczy. No jak idziemy to idziemy, choć przyznam, że nie bardzo chciało mi się tam deptać. Bo co może być piękniejszego od tego widoku? Jakby doświadczenie z Vigdel Priest niczego mnie nie nauczyło.

Idziemy więc kierując się nieśmiertelnymi czerwonymi „drogowskazami” DNT. Idąc wciąż obserwujemy wodospad, który wciąż urzeka. Zrównujemy się z punktem „0” czyli miejscem, w którym rzeka zmienia się w żywioł.

I wchodzimy w inną rzeczywistość. Bez kitu, to jest dokładnie takie poczucie, jak czytałeś/oglądałeś „Opowieści z Narnii”. Wchodzisz do innego, przepięknego świata.

Powiem wam, że poczułem się… Powiem tak; to miejsce mi się śniło. Zawsze chciałem tu być. I jestem.

Siadam na kamieniu i patrzę. Nawet nie chce mi się robić zdjęć. Po prostu siedzę, patrzę, zapominam o wszystkim. Ania siedzi na głazie. Ma to samo. No nic więcej nie trzeba.

Ile tak siedzieliśmy? A któż to wie…

Dzięki Kochanie, że zaciągnęłaś nas w to miejsce. Kto wie, czy bardziej rozbudzającego emocje, niż sam wodospad.

Patrzę na tę rzękę, patrzę na tę dolinę między górami… chwila normalnie z jakiegoś motywujacego filmu, gdy nad głową bohatera krążą orły, a wokół niego słychać anielskie trąby. I tak jak piesek na widok drzewka odruchowo zadziera kopytko, tak ja lecę do rzeki i znowu piję wodę.

W oddali znajduje się domek. Idziemy!

To jest właśnie Mån. Stara farma, od której wziął swoją nazwę wodospad Manafossen. To pięknie położone miejsce jest dziś czymś w rodzaju schroniska, w którym możesz przenocować przed dalszą drogą.

Farma ta istniała już od średniowiecza i funkcjonowała do 1854 roku.

Okazuje się bowiem, że to miejsce jest punktem pośrednim w drodze na Kjerag. Mimo, iż dopiero coś zaliczyliśmy to miejsce to już wiemy, że w przyszłym roku dotrzemy na słynny głaz tą drogą.

Tak, widzimy, że pokonując ten szlak może trafić nasz szlag, ale trudno. Jest zbyt pięknie, by odpuścić.

Jednak nocleg w tym miejscu to nie taka prosta sprawa. Musisz albo zadzwonić, ale wysłać maila, albo skorzytać z TEJ strony, by zamówić nocleg. Ceny są przystępne i zmieniają się, dlatego szczegółowe informacje na ten temat znajdziesz na tej stronie właśniej.

W środku jest wszystko czego potrzebuje dusza podróżnika. Wyposażona kuchnia. Wifi. Świetlica. Punkt informacyjny. Miejsca noclegowe. Prąd. Na zewnątrz czysta toaleta oraz altana z drewnem kominkowym. Tylko ludzi nie ma. Jak zatem tam wejść mimo, iż wcześniej zamówiliśmy noclegi?

To proste. Klucze do ośrodka znajdziesz w skrzynce znajdującej się przy drzwiach frontowych. Jest jeden warunek. Musisz zostawić to miejsce czyste. Zgodnie z zasadą turystyki górskiej w Norwegii.

Tymczasem obchodzim dookoła farmę, Ania huśta się na linie zawieszonej na rosnącym przy budynku drzewie. No cudnie tu jest. Ino nasz piesek sobie nie pohasa, bo trzeba go mieć na smyczy. Szkoda.

Powoli idziemy z powrotem. W sumie cieszymy się, że większość turystów ogranicza się do obejrzenia wodospadu i wraca. Naprawdę mało kto idzie dalej. Dzięki temu czujemy, że ten teren jest nasz.

Wiele razy zastanawiałem się, czy zdradzać wam tę „tajemnicę”, ale co tam. Też macie prawo do tych pięknych widoków. Do tego zjawiska, bo inaczej nie da się tego miejsca określić.

Wracamy. Teraz możemy na spokojnie zebrać grzybki, zerwać jagody. Powoli schodzimy z orzeświającą mgiełką spadającej wody na twarzach. Coś nas kusi jednak, by zboczyć ze szlaku. Zobaczymy, co też nas czeka. I bardzo dobrze zrobiliśmy. Spójrzcie:

Nie wiem czemu, ale ten widok przypomina mi Amerykę Południową, choć w niej nie byłem.

Teraz wiem, że koniecznie musimy tu wrócić. Chcę bowiem znaleźć inne sposoby podejścia do wodospadu jak najbliżej.

No dobrze, teraz już naprawdę wracamy, ale najpierw małe co nieco. Mały piknik w pięknych okolicznościach przyrody należy się nam jak psu kość. A co.

W ten sposób poznajemy polsko- holenderskie małżeństwo, które postanowiło spędzić wakacje w trasie. Przyjechali kamperem z Holandii, by w ciągu miesiąca zobaczyć piękno Norwegii. Zobaczyli już Kjerag, dziś to miejsce, a nazajutrz podbijają Preikestolen. A przed nimi Odda i cuda Hardangeru. Tam, gdzie my dopiero ruszymy.

To był naprawdę dobry dzień.

Przemek Saracen

Skomentuj

1 KOMENTARZ

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)