reklama na szczycie wpisu

A zatem pozostało mi naprawdę parę dni przypominających ostrą jazdę bez trzymanki. Trzeba znaleźć najlepsze połączenie lotnicze z Trondheim, a wyszukiwarki nie chcą pokazać nic innego jak trasę z trzema przesiadkami, przy łącznym czasie podróży wynoszącym 19 godzin! Nosz kurwa mać!

Na szczęście w ostatnie chwili okazało się, że Wizzair uruchomił połączenie z Gdańska. No! Co prawda sam dojazd nad morze będzie trwał dłużej, niż lot do Trondheim, ale to i tak rozwiązanie najlepsze z możliwych.

Szybkie bukowanie biletu, nawet nie ma co patrzeć na cenę, trzeba brać jak leci. Potem wizyta w Tesco; makarony, wędliny próżniowo pakowane, sosy, tabletki przeciwbólowe, pasty do zębów, maszynki do golenia, na końcu kantor a raczej dwa, bo nie mają tyle koron co potrzebuję.

Dobra. Mniej więcej wszystko jest ok. Aha, jeszcze walizka na kółkach kupiona w chińskim markecie. Tania, bo po przylocie pójdzie do wyrzucenia.

Wracam do domu, przeglądam ciuchy. Trzeba pamiętać, by zmieścić się w 32 kilo, bo tyle można zabrać w większym bagażu. W mniejszym chyba z dziesięć kilo, ale teraz nie pamiętam.

Nadchodzi piątek. Pełen stresu, łez i pożegnań. Docieram do Wrocławia, z którego ruszę do Gdańska. Gdy nadjeżdża pociąg, włosy stają mi dęba, bo połowa składu to kibole Śląska. Istna ludożerka kolesi, którzy nie jadą na mecz, lecz na wojnę. No nic, myślę – aby dojechać do Gdańska, aby w ogóle dojechać. Już mniejsza, czy w jednym kawałku, czy nadszarpniętym.

Siadam w przedziale pod oknem i siedzę cicho, bo tuż obok mnie wchodzi dwóch karków, którzy w torbach podróżnych wiozą koks dla kiboli co chwilę wchodzących i wychodzących za potrzebą koksowniczą, tak to nazwijmy.

Jakimś cudem udało mi się dotrzeć do Gdańska. Stamtąd tylko na autobus linii „210”. Po około 45 minutach jestem na lotnisku im. Lecha Wałęsy. Wchodzę do terminalu, odprawiam bagaż, po czym idę do terminala. Szybka konfiskata płynów i słoików umieszczonych w bagażu podręcznym, fru po ruchomych schodach. Szybka kawa, doładować telefon i na stanowisko, bo za chwilę odprawa.

Ludzie schodzą się, jest ich coraz więcej. Każdy ucieka gdzieś myślami. Ustawiają się w kolejkę. Okazują karty pokładowe. Przechodzą przez bramkę. Moja kolej. Wszyscy idziemy w milczeniu. Wchodzimy do Airbusa. Zajmuję miejsce. Patrzę w okno. Nawet nie myślę o tym, jak będzie wyglądał start samolotu, choć to mój pierwszy lot.

Co mnie czeka? Czy dam radę? Czy dopadnie mnie depresja północy? Czy Polacy na emigracji są faktycznie takimi draniami wobec siebie, jak mówią? Mnóstwo pytań, odpowiedzi pokaże czas.

Samolot rusza. Krótka instrukcja, jak postępować w czasie wypadku. Rozpędzamy się. Silniki prują całą mocą, wciskają w fotel. Unosimy się. Uczucie przyjemne jak cholera.

Stało się. Za niecałe dwie godziny wyląduję w Norwegii…

Przemo Saracen

 

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się materiał, zostaw komentarz, proszę :)