Najnowsza odsłona przygód agenta IMF, Ethana Hunta to coś więcej niż szalona jazda kolejką górską bez zapiętych pasów.

To stylowa, świetnie sfilmowana galopada z najbardziej spektakularnymi popisami kaskaderskimi, jakie jest w stanie zaoferować nam współczesne kino.

Tom Cruise jest, każdy widzi. Można go lubić, więlu go nienawidzi, ale nie można odmówić mu jednego – niemożliwego wręcz oddania swojemu zawodowi.

I widać to najlepiej w „Mission Impossible: Fallout”, szóstej odsłonie tej widowiskowej serii, w której gwiazdor samodzielnie wykonuje popisy kaskaderskie!

Ethan Hunt kolejny raz musi ocalić świat przed zagładą. Jaką? To nieistotne, wszak dla tego rodzaju filmów fabuła pełni rolę użytkową: popycha akcję z punktu A do punktu B szybko, efektownie. Tak, by widz siedział na krawędzi fotela, zagryzał nerwowo paluchy i pocił się z wrażenia. A przy okazji uśmiechnął w scenach rozładowujących napięcie. I tak jest w tym przypadku.

Jeśli pamiętacie poprzednią część cyklu „Rogue Nation” pamiętacie, że oprychem chcącym podbić świat był Salomon Lane, były agent brytyjskiego wywiadu, paskudny twarzą i charakterem. Brrrr! Ohyda.

Wykorzystał on stworzony przez rząd Jej Królewskiej Mości Syndykat, który zamiast działać w imię obrony świata stanął do walki z zaistniałym porządkiem.

W „MI: Fallout” mamy niejako kontynuację. Syndykat przestał istnieć, ale struktura pozostała. Cele również. Ideologia nie zmieniła się ani na jotę. „Im większe cierpienie, tym w efekcie bardziej długotrwały pokój na świecie” – tak można najkrócej przedstawić ideologię nowych tyranów, którzy przybrali nazwę Apostołów.

Nowi rewolucjoniści zdobyli trzy ładunki plutonu, dzięki którym doprowadzą świat na skraj chaosu, z którego tylko oni będą mogli wyprowadzić ludzkość na drogę nowego, lepszego ładu.

Wróg czai się wszędzie, sieje dezinformację tak, że już nie wiadomo kto jest kim i tylko przyjaciele z wyrazistym kodeksem honorowym mają szansę zbawić walący się świat. Znaczy Ethan Hunt i jego przyjaciele: Luther i Benji.

Kiedy dostaną do „pomocy” cyngla CIA, Augusta Walkera wiemy, że miło nie będzie. Tyle, że pytanie brzmi: dla kogo.

„Mission Impossible: Fallout” jest filmem totalnym nie tylko z powodu goniącej na złamanie karku akcji.

Wbrew pozorom nie jest to męczący kalejdoskop wybuchów, bójek, pościgów i walk.

To przemyślane i sprytnie zainscenizowanie sekwencje, które widzieliśmy mnóstwo razy w wielu filmach i w tych samych lokacjach. Berlin , Paryż, Londyn – ileż można?

Tyle, że jest coś, co sprawia, że ten film ogląda się naprawdę z zapartym tchem. Tom Cruise.

Ten blisko 60- latek wyprawia na planie rzeczy wprost niesamowite! Skok z samolotu lecącego na wysokości ośmiu kilometrów bez zabezpieczenia? Proszę uprzejmie.

Diabelski pościg samochodowy i motocyklowy ulicami Paryż a? Potrzymaj piwo, zaraz wracam.

Samodzielny lot helikopterem na niemal pełnej prędkości przez wąski jar najeżony skałami, bez dublera, asystenta, migającej w tle zielonej płachty, w którą będzie wstawione komputerowo tło? Momencik, tylko dopiję kawę.

Trzeba spaść z jednego z najsłynniejszych klifów świata, gdzie jedynym zabezpieczeniem jest lina, a 600 metrów poniżej w ramach asekuracji tafla fjordu i skały? Dobrze, co będzie na kolację?

Widzicie, kino przyzwyczaiło nas do tego, że praktycznie wszystko jest dziś produkowane z udziałem komputerowych efektów specjalnych. Sztucznie stworzone postacie biją się, skaczą, spadają i biegają.

Ok, w tym filmie również mamy do czyniania z CGI, ale jest ono użyte z głową – jest jedynie uzupełnieniem podczas, gdy najcięższą robotę wykonuje człowiek w rzeczywistych lokalizacjach!

Pamiętam, gdy byłem na budzącym grozę i piękno jednocześnie Preikestolen w Norwegii.

Tak, tym samym miejscu, które w „MI:F” zostało przeniesione do Kaszmiru i było miejscem ostatecznej konfrontacji Hunta z przeciwnikiem.

To niesamowite miejsce budzi lęk i podziw zanim znajdziesz się na nim. Podchodząc do krawędzi i patrząc w dół niemal fizycznie odczuwasz lęk przed śmiercią. Kto był na Preikestolen ten wie, o czym mówię.

Tymczasem gwiazdor kina, człowiek który w sumie już nic nie musi – robi rzeczy, których wykonania odmówiłby doświadczony kaskader!

Mając za asekurację jedynie linę spada z tego klifu, by następnie wspinać się po nim i dotrzeć na szczyt!

Jakże różni się to od bajeczek rodem z Marvela, gdzie aktorzy boją się przewrócić i robi to za nich dubler! A niemal wszystko kręcone jest na kartonowo gipsowym tle, lub po prostu na zielonym, bo przecież potem wstawia się w to komputerowo wygenerowane tło.

I teraz mając świadomość tego, że Tom Cruise, gwiazda i producent serii dokonuje nie tylko fabularnie, ale i rzeczywiście misji niemożliwych – patrzymy inaczej na dziejącą się na ekranie akcję.

Paradoksalnie jest ona bardziej wiarygodna, a film „niemożliwy” staje się bardziej rzeczywisty.

„Mission Impossible: Fallout” nie ma w sobie jakiejś głębi, bo od tego typu kina wcale tego nie wymagamy. Owszem są delikatne momenty sprawiające, że bohaterowie nie są już tacy papierowi, ale nie będę psuł wam przyjemności oglądania filmu.

Mimo przydługiego wstępu otrzymaliśmy najlepszy tegoroczny totalny film akcji, przy którym nowi „Avengers” wyglądają po prostu jak parodia tego typu obrazów.

Świat w zagrożeniu, nieznany przeciwnik, podejrzenia i wzajemna nieufność, nieoczekiwane zwroty akcji.

I akcja, której kulminacją jest po prostu obłędny pościg helikopterowy zwieńczony pojedynkiem w jednej z najpiękniejszych lokalizacji na Ziemi.

A wszystko świetnie zmontowane, zainscenizowane, sfotografowane i zagrane. Czapki z głów i marsz do kina!

A gdy na ekranie pojawią się napisy końcowe i kurczowo zaciśnięte na oparciach foteli palce zwolnią swój ucisk podziękuj wszechwładnemu za Toma Cruise`a, który mimo 55- lat tak bardzo angażuje się w to, co robi.

I pomyśleć, że podczas produkcji filmu tylko skręcił kostkę.

Przemek Saracen

Skomentuj

3 KOMENTARZE

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)