reklama na szczycie wpisu

 

Piotruś, z którym mieszkałem blisko rok w jednym pokoju miał styl. Kiedy wyjeżdżaliśmy do domów na tydzień nikt nie wiedział kiedy wróci. Telefon milczał, maila nie odbierał, bo przecież nie wiedział, że jest coś takiego, jak poczta elektroniczna. Oczywiście inaczej było, gdy siedzieliśmy w weekend w Zbąszyniu i na leciuniej torpedzie wdzieraliśmy się z impetem do rynku, a następnie do knajp, skąd nas wyrzucali, bo przecież jak to, panowie nie umieją się zachować, zespół Boys jest najlepszy, Zbąszynianki to żadne kurwy, a w ogóle to alkohol kupujemy na miejscu, a nie przynosimy z sobą.

Tak, to jedyne chwile, gdy Piotruś nie gubił się, a my czuliśmy się pewniej mając pod ręką zdrowego chłopa, który wypiwszy lubił zabawę w sztachetobranie. Oj tam zaraz zaczepki, chodziło o dobrą zabawę przy dobrej muzyce. Ot, takie “Devileiro”, zaraz tam prowokowanie. A przecież chodziło o śmiech czysty, flirt, szarmanckie gesty, nieco gruby humor i metaliczną muzykę, przy której bawim się, oj bawim.

W każdym razie mieliśmy Piotrusia wytatuowanego od stóp do głów tudzież szczytu penisa męskiego. No i fru. Siembawiliźmy. A to pojedynki na miecze świetlne pod prysznicam, a to popracowe harce i swawole. I choć wiadomo było, że były to jazdy po bandzie, każdy też wiedział, że nie nikomu nie grozi z naszej strony nic złego. Ot, kupa śmiechu, trochę alkoholu i szaleństwa z bananem na gębie. No mamba chujamba po prostu.

Aż zniknął nam Piotruś na półtora dnia całego. Wrócił smutny, psychicznie zmasakrowany, aż tatuaże mu zblakły. Zakochał się bowiem. “Przemuś, zakochałem się”- wybełkotał, gdy chciałem mu złożyć gratulacje z serca płynące. “Bracie, w czym wątpliwość twa”- odpowiadam. “Bo to kurwa, Przemuś. Bo to kurwa jest”- dodał nieco załamany, co poznałem po tym, iż sięgnął po butlę niekoniecznie z winem. “Rozumiesz. Kurwa”. No tak, jak tu się w takiej zakochać, skoro nawet trypra nie możesz jej w zaufaniu powierzyć, bo od razu wszystkim rozniesie. Oczywiście współczucie było tak wielkie, że nazajutrz kac mało mnie nie zabił, bo to samogon był. Na szczęście odkochał się od cukiereczka owegoż, gdy poszliśmy na miasto w tanga i kujawiaczki tworząc nowe miejskie legendy.

Przypomniały mi się te historie, gdym namówiony przez znanego demolatora poznańskich koziołków- Chmurnika- muzykim Corruption posłuchał. Aha, to Polacy tak grajo? Aha, ktoś mnie w walca robi, bo przecież Polacy tak nie potrafio. A jednak! Okazało się, że Polak potrafi zagrać lepiej, niż niejeden Southern Amerykaniec! Potrafi przełożyć na gitarę ten klimat mocnej zabawy, improwizerki, jazdy bez trzymanki! Tej całej energii, która sprawia, że impreza staje się niezapomniana, choćby miała miejsce na balkonie, działce, czy w sraczu. To w ogóle niesamowite, że jest w Polsce zespół, który tak doskonale czuje klimat tamtego grania. Okazuje się, że możnaby wstawić Corruption na jednej scenie z, dajmy na to Hellyeah i naprawdę mielibyście problemy, by zdecydować, kto jest lepszy, tzn. i tak wiem kto, ale nie wprowadzajmy do naszej pięknej dyskusji elementów szowinistycznych, prawda.

Faktem jest, że cała płyta jest równa, w sensie, że nie ma w niej wypełniaczy, waty i innego syfu, który popycha parę singli mających eksplodować zespół w stratosferę metalu. Nie. Od początku do końca “Bourbon River Bank” atakuje, gniecie, niesie, wali w cyc, bombarduje, porywa, obezwładnia. Tu się nie bierze jeńców, oh no, Bruno. Albo ty ich, albo oni ciebie. Jest to tak wysoki poziom grania, jest to tak pozytywna energia, są to tak chwytliwe riffy, że nie możesz się oprzeć. No nie da rady i chuj.

Muzyka Corruption ma w sobie tę motorheadową moc sprawiającą, że czad muzyki, jej bezkompromisowość i energia roznoszą. Sprawiają, że chcesz ruszyć przed siebie, nie myśląc co dalej. Wiesz, że chcesz się wyszaleć. Złachać, zgnoić, uśmiać, walnąć flachę, przyćmić fajkę w gronie znajomych, którzy napędzają ciebie, a ty ich. I wracasz potem do domu. Nie pamiętasz jak, bo to w sumie nieważne.

Ważne, że spędziłeś czas w doborowym towarzystwie. Pozytywnym. Mocnym. Kickassującym. Naprawdę trzeba mieć zdrowe jaja i pozytywną myśl, by stworzyć tak emocjonującą płytę.

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz