reklama na szczycie wpisu

 

W świecie, w którym każdy zna Nergala, lecz nikt nie wie jaką gra muzykę, w mediach, w których wiemy, że Edyta Górniak śpiewa, ale już przestaliśmy zwracać uwagę na to jak, gubimy już nawet nie to, co ważne. Gubimy potrzebę przyswajania sztuki.

Pasieni papką zlepionych przez komputer nut, wulgarnością zachowań pseudogwiazd i jedynie słusznych tyrad muzyków, którzy już dawno zapomnieli o tym, że mają dawać nam radość i sprawiać, że czujemy się lepsi, odzwyczajamy się od… Od czego właśnie? Od kultury? Sztuki?

Nie. Zabijamy w sobie wrażliwość. Nie chce nam się szukać czegoś, co sprawi, że poczujemy się lepsi. Czegoś, co nas uniesie i rzuci w krainę wrażliwości. Tak. Niepostrzeżenie stajemy się tworem bez właściwości. Bez potrzeby piękna. Bez głodu wrażliwości, smaku, sztuki i elegancji.

A skoro uważamy, że jest nam to niepotrzebne, nie mamy czego przekazywać bliźnim. Bo po co? Przecież oni też widzą Dodę, plastik, wulgarność, pornografię informacyjną tvn24. Nie trzeba.

Jednak czasem, może i ostatkiem sił coś wewnątrz niemal błaga o karmę dla duszy. Czasem udaje się znaleźć coś, co sprawi, że człowiek zaczyna wierzyć. Po prostu.

Mówienie o debiutanckiej płycie naszego Lebowskiego “Cinematic” nie jest proste. Nie da się bowiem zamknąć ich muzyki w prostych słowach “artrock”, “muzyka ilustracyjna”. To zbyt proste i co by tu rzec- nieuczciwe wobec muzyków grupy.

Nie znam się na artrocku, przyznaję. Wiem jednak, kiedy ktoś odnajdując klucz do mnie sprawia, że czuję się lepiej. Że znajduję przestrzeń. Że lecę. Nie boję się i patrzę na świat z takim naiwnym, dziecięcym oglądem pozwalającym widzieć rzeczywistość w cieplejszych barwach. Że potrafię wytworzyć aurę i widzę ją wokół innych.

Trzeba mieć w sobie wielką wrażliwość, elegancję, smak i klasę, by stworzyć muzykę, która chyba przekracza samego Lebowskiego. Nie chcę urazić chłopaków, ale chyba nie zdają sobie sprawę, że stworzyli coś więcej niż płyta.

Stworzyli coś, co się odczuwa, coś co człowiek nosi w sobie. Są tacy, którzy mówią, że “Cinematic” nie jest reklamowanym soundtrackiem do niestniejącego filmu. Mówią, i zgadzam się z nimi, że to muzyka, którą opowiadasz sny.

Bogate instrumentarium, którego Lebowscy używają na tej płycie imponuje. Jednak wszystko zostało wykorzystane sensownie. Każdy dźwięk trąbki, duduka (przenoszącego w kraje Bliskiego Wschodu, z jego widokiem sunących leniwie karawan), cymbałów, skrzypiec, gitar, klawisz, bębnów- to wszystko ma swoje określone miejsce. Jest jasne i przejrzyste. Dodaj do tego włożone w utwory cytaty z filmów, a będziesz miał pełen obraz muzycznego kalejdoskopu “Cinematic”. Nie ma tutaj pojedynczych “strzałów” pomyślanych o radiu i singlu. Mamy do czynienia ze spójną i przemyślaną koncepcją, która sprawia, że płyta trzyma i nie puszcza. Wyjaśnijmy coś sobie- nie jest to też płyta muzycznie jednostajna. Jest różnorodna, jednak jej bogactwo smaków utrzymane jest w odpowiednich proporcjach.

Mówi się, że wszystko już było. Może. W każdym razie “Cinematic” Lebowskiego jest tą płytą, której nieposiadanie zwyczajnie zubaża.

Chłopaki, dziękuję.

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz