reklama na szczycie wpisu

Kiedy Robiś wcisnął mi „Astro Creep 2000…” odleciałem, jeno kaputki poprute zostały.

Do tej pory nie usłyszałem tak dobrze zapodanego metalu. Dopieszczona produkcja, w której pomysł gonił pomysł, ścieżka ścieżkę, a makabra mieszała się ze swoimi wszystkimi odcieniami.

Niech Szatan błogosławi kola, który, a zresztą, nieważne. Ważne, że ta płytka White Zombie, bo to Robek Zombie miał wtedy zespół takowy tam stała się dla mnie takim wyznacznikiem, gdzie powinien pójść metal. Z tymi swoimi pierdolnięciami niczym grzmot, zniekształcanymi głosami, chorymi wokalami, nakładanymi na siebie, do tego ten klimat ni to makabry, ni to groteski. No metal niu ery po prostu i chuj.

Niestety była to ostatnia płyta, bo przecież nie będziemy brandzlować się remixami „Astro Creep 2000” tylko dlatego, że powstała pod szyldem WZ.

Tak czy siak, hak im w smak, bo ostatnią płytą tą udowodnili, że stali się szlachetnymi zombiakami, z którymi chcę spać, bzykać się, a jak chcę poczuć koszmarny klimat groteski, zrytości, humoru czarnego i takiego klimatu ogólnej dęsmakabrrrr, to zapodaję sobie kapelę Gościa-Z-Przetłuszczonymi-Włosami.

Jasne, nie każdy to lubi, bo np. Gruby onanizuje się przy skandynawskim metalu, a potem wmawia sobie, że jest zły i krzywdzi ludzi. No.

Kurwa, nie idzie ta recka w kierunku, do którego dążę, ale nic to. No i wiesz, ten cały Rob Zombie, któremu zazdroszczę jego fajnych układów z gwiazdami porno (sprawdza się stare porzekadło, że prawdziwych przyjaciół poznaje się itd.) zaczął karierę solową. No i poszło.

Kariera Zombiego jest przykładem na to, jak produkcja, realizacja nagrań nobilituje artystę. W sumie można go postawić w jednym rzędzie z Burtonem Timem, takim panem, którego nikt nie widział, ale każdy o nim wie. I widzisz. I ten kolo i ten wciągają cię w swój świat. Wżerają cię, i albo to kupujesz, albo zostajesz przerzuty i wysrany po prostu. Albo to lubisz, albo omijasz przy najbliższej okazji z daleka. Obaj dyktują ci swoje warunki i trzepią na tym niezłą kasę.

Ale ja nie o tym, bo zacząłem o produkcji, a gdzieś tam sobie pobłądziłem. Produkcja, aha. Właśnie. Przecież każde dziecko wie (nie wierzycie, to spytajcie tego gówniarza przed blokiem, no tego, co wyrywa maluszkę na lizaczka), każda babcia, a nawet sprzedawczyni oryginalnych butów ekologicznych ze skaju, że Rob Zombie nie umie śpiewać. Ale potrafi uczynić z tego cnotę. Przetwarza ten swój wyjak tak, że powstaje z tego jakby instrument. Bawi się nim. Mamrocze, bulgocze, skanduje, chrypi, dyszy, jęczy, rzęzi, wydaje odgłosy jelit i innych macic. Dorzuca do tego jęki cmentarne, zgrzyt piłowanych kości, odgłosy wilkołaczek stanowiących tajną broń Hitlera, tupot diablich kopyt służących do mszy. Wyskanduje ci w ucho „Jesus Frankenstein”, opowie o dziewiczej wiedźmie. Nie muszę dodawać, że nad wszystkim unosi się apetyczny zapach gnijących korpusów?

A wszystko okrasi mocnym brzmieniem gitar, zapoda rytmicznie tak, że powiesz kobiecie swej, albo chłopcu, że jest „Sick Bubblegum”. Poczujesz się jak kibol, który rytmicznie krzyczy, kibicuje, wpada w bojowy szał.

Widzisz, tu masz też taki mecz. Wyobraź sobie mecz, w którym na trybunach siedzi sto tysięcy zombie, a na płycie grają z sobą czyste, cud dziewice kontra pozszywani kolesie z piłami motorowymi zamiast rąk. A sędzią jest niejaki Molina w stroju koszmarnego klauna. Piłka? Jaka piłka, kiedy to głowa jest, gadająca do tego!

I to jest właśnie Rob Zombie. „Hellbilly Deluxe 2”. Do zobaczeniu na cmentarzu. Nie zapomnij flachy krwi. Zośka weźmie na popitę spermę nietoperza. JacAr pewnie kupi na Allegro członek smoka.

No.

Przemo Saracen

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się materiał, zostaw komentarz, proszę :)