reklama na szczycie wpisu

Nie wiem, co jest we mnie takiego, że pracownicy sklepów muzycznych traktują mnie jak uczestnika olimpiady specjalnej.

Wystarczy, że spytam o płytę Gogol Bordello, coś z The Clutch, czy Exodus, który wydał ostatnio najbardziej trashową płytę ostatniego czasu. Pomijam już fakt, że słysząc słowo “exodus” dziewczę słodkie, acz tępe kieruje mnie na dział z poezją śpiewaną, czy gówno panaturanauopodobne.

Zostawmy za sobą negatywne emocje. Wygaśmy żar nakręcania się i nienawiści do plemienia sprzedawców sklepów muzycznych. Zapomnijmy o ich niekompetencji i lenistwie umysłowym.

Trzeba do przodu iść, Polska tego wymaga, Krzyż, Mat Kobosko i niech się święci pierwszy maj! Nie, nie mogę…

Rozumiecie, kiedy laska wmusza mi, że szukany przeze mnie album grupy “Russkaja” to ani chybi panowie popierdalający na mandolinach tudzież innych radosnych bałałajkach oraz skaczący sobie i robiący szpagat w powietrzu, wtedy autentycznie trafia mnie szlag i żądza gwałtu!

Bo “Russkaja”, rozumicie to taka petarda jest! Nawet nie wiecie, kiedy strzeli i skąd. Zdążysz się tylko podnieść, otrzepać, szepnąć z zachwytem: “szatan nie kogut…” i wystawiasz się, by znów cię dopadli. I znów. I znów.

A oni w tym czasie biegają i zaliczają kolejnych. Nie biorą jeńców. Zmieniają cię na swoją modłę i nie masz nic do gadania, mało tego, krzyczysz nieustannie “bierz mnie, bierz!, rób co chesz!”, co też uczynnie robią, by za chwile zrobić gangbang w innym mieście, kraju, na innym kontynencie.

O ile nie myli mnie starcza pamięć i hemoroidy nie dokuczają, Russkaja koncertowała dwa lata temu w Legnicy jako gwiazda obchodów Święta ulicy Najświętszej Marii (już nie) Panny, czy jakoś tak.

Debiutancka płyta “Kozaczok Superstar” międzynarodowej (rosyjsko-ukraińsko-austriacko-węgiersko-brytyjskiej) grupy “Ruskaja” to zastrzyk stężonej energii podlanej gęstym sosem radości, skocznego grania i niemal punkowego amoku. Słychać, że to co najlepsze w rosyjskiej duszy, ta głębia, ten mocny wokal, to potrójne dno, przestrzeń, a jednocześnie ta niesamowita energia, ten motor i silnik, który daje ci tak niesamowitego kopa, że potrafisz zapomnieć się, porwać innych do zabawy wziął mnie przy pierwszym przesłuchaniu.

Ten rozkosznie radosny album, na którym dominuje i ska i umpa umpa, a jest i ballada i… no nie nie wiem co jeszcze- no w każdym razie wszystko, co sprawia, że przenosimy się w inny wymiar wygłupu, radosnej zabawy, wódczanego oparu papierosowej imprezy, na której nie ma miejsca dla zrzęd, cnotek niewydymek i prezerwatyw- no ten radosny album przynosi nie tylko atmosferę biby bez trzymanki.

Dla mnie ten album ma też wartość sentymentalną. To dzięki utworowi “Cyrk” w sekundzie stanęła mi przeszłość. Raczej jej fragment. Czasy, gdy do Lubina zjeżdżało ruchome miasto. Cyrk. Potężny namiot i wszystko, co wokół niego. I kiedy przypominam sobie magicznego Gruzina chodzącego wśród publiczności z dłuuugim wężem na wierzchu…Gdy przypominam sobie tych akrobatów, którzy wykonywali tuż pod kopułą namiotu niebezpieczne akrobacje bez zabezpieczenia…Gdy stają mi przed oczami te wszelkie błyskotki…Lwy…Klauni…Wszystko, czego potrzebowałem do życia… Tak, choćby dla tego utworu, warto mieć tę płytę.

Tak, ta płyta to kocioł pozytywnych emocji. Wariactwo, którego nie da się okiełznać i na dobrą sprawą nie chce się tego robić. Ruskaja jest jak wirus. Niech się rozprzestrzenia!

Przem0 Saracen

 

Skomentuj

Skomentuj korzystając z FB, G+, Disqus lub tradycyjnego systemu komentarzy!