Kiedy znajomy powiedział mi, że Slash nagrał nową płytę, żachnąłem się. “Mówię ci, lepsza, niż to, cożeś zsiekał w Maddogowie”- splunął w moim kierunku. Wiedziałem; nie mówimy źle o kudłatym, to ryży jest ten be.

Spojrzałem na kolesia po czym pełen niezmąconego spokoju odparłem: “Co pewnie w jednym z utworów wystąpił Gracjan Rostocki…uhm…”.

“Spierdalaj”- błyskawiczna riposta kolesia zawsze była dla mnie powodem do zastanowienia, czemu ja nie potrafię tak błyskotliwie i niemal natychmiast reagować. No nic, trza mi się pouczyć. “To lajw jest. A wiesz co to jest lajw”. “No wiem, wiem no”- błysnąłem. Lajw to lajw, proste.

W każdym razie włożyłem slashową płytkę do szuflady z nadzieją, że nie będę musiał jej wyjmować- niech zdechnie, zgnije, spleśnieje, faka się, cotam chcecie. Nie, nie, nie i nie.

W międzyczasie skończyłem czytać biografię Guns n Roses i coś mnie tknęło, by sięgnąć po leżącą w otchłani piekła płytę. Mruczałem sobie w środeczku: “Aha, Slash feat. Piasek”, a jako bonus “Slash feat. Kupicha”.

No ryzyk fizyk. Tak czy siak. Uno dues coś tam kuatro.

Odpaliło, warknęło, smarknęło, pierdnęło. Płyta zaszumiała i dźwięki wydaliła. I co?

No tak…no tak… Zaczęło się oczywiście numerem z pierwszej, lekko beznadziejnej płyty najnowszej, czyli utworem “Ghost” zwanym. Twardziele wiedzą, że ten sklecony pod radio badziew oraz “Back To Cali” należy gruntownie zlekceważyć. No coś w rodzaju czwartego “Indiany Jonesa”.

Po przyjęciu tego konstruktywnego założenia dochodzimy do wniosku, że koncertówka Slasha nagrana w Manchesterze jest solidnym kawałem dobrego grania. Rozumiesz, takiego rasowego rocka i ducha, którego zabrakło na płycie studyjnej.

Zawartość lajwu to taka przekrojówka. Bierzesz maczetę, kupujesz w mięsnym Slasha i przecinasz go na pół. I patrzysz na ten przekrój. Pomijając akcje z Michaelem Jacksonem mamy podróż od Guns n Roses, przez Snakepit, Velvet Revolver, po autorską płytę. Do tego dwa kauvery i mamy set jak się patrzy.

Wokalistą Slasha jest Myles Kennedy. Facet pięknie wyglądający, tudzież rasowo śpiewający- chciałoby się rzec. No niestety. Jest jak jest, z naturą nie ma co walczyć. Głos Kennedy`ego jest mniej niż taki sobie, bo nie wyciąga góry, przez co w niektórych partiach wokalista brzmi jak zarzynana świnia. No dobra, ale nie o to chodzi. Maniera pana od śpiewu wydaje się drażniąca, jednak okazuje się, że w tym szaleństwie tkwi metoda. Kennedy wypracowuje swoje brzmienie, dzięki czemu utwory brzmią ciekawie. Gunsowe utwory nie tracą energii, a styl Myles`a wzbogaca je.

Jak to wygląda muzycznie? Zajebiście. Slash wiedział co robi dobierając ekipę na koncert. On nie musi mieć pod ręką wirtuozów, którzy odstawią ci solówkę na włosie łonowych. To są kolesie prosto grający prostą muzykę. Od solówek jest boss. Jest Slash. Kolesie mają czuć. Mają nieść. Mają być podbudową. Mają być bazą, na której szeryf będzie odstawiał swoje cuda na kiju.

Powiem tak: synek odpokutował. Wybaczam mu solową wpadkę. Bałem się, że zdziadzieje, że zaczął odcinać kupony, że postanowił pokazać Axlowi, kto tu rządzi. Że po prostu zbiera na leczenie.

Okazuje się, że nic z tych rzeczy. Slash udowodnił swoim “Live In Manchester ”, że kiedy mu się chce, potrafi zebrać band, wejść na scenę i pokazać wypierdkom jak się gra soczyście, energetycznie, tak, jak rock brzmieć powinien.

Jest perełka na tej płycie. Dzięki wokaliście utwór ten brzmi jeszcze lepiej niż na płycie, dodajmy jednej z poprzednich płyt Slasha. To “Beggars & Hangers- On”. W wersji koncertowej jest on po prostu piękny.

Przemo Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)


Fatal error: Cannot redeclare td_comment() (previously declared in /home/przemosa/domains/mojcodziennik.pl/public_html/wp-content/themes/Newspaper/comments.php:111) in /home/przemosa/domains/mojcodziennik.pl/public_html/wp-content/plugins/td-composer/legacy/common/wp_booster/comments.php on line 194