Zło zawsze dobrze się ogląda. Łamanie zasad, cyniczne wykorzystywanie dobrych ludzi, którym zło łamie kręgosłup, zuchwałość oraz walka z władzą. Dobrzy nie są tacy fajni. Dopiero gdy otrą się o zło i przejmą jego sposób działania i język, wtedy zaczyna być ciekawie.

Kiedy jesteś zły możesz wszystko. Kiedy jesteś dobry nie możesz nic. Bo masz zasady, jakimś cudem wiesz, co można, a czego nie wypada. Zły nie patrzy, czy wyśle na ulicy kobiety, dzieci, czy śmierć stanie się jego źródłem utrzymania.

Wie, że może wszystko, dlatego chce coraz więcej i coraz szybciej.

Pablo Escobar był takim sobie przemytnikiem elektroniki o nie takim znowu sobie ego, ale chyba wszyscy latynosi tak mają. Pablito opłacał się wojsku, policji i chyba wszystkim świętym, bo jego proceder kwitł w najlepsze. Traf chciał, że w pewnym momencie zgłasza się do niego producent narkotyków, który proponuje Escobarowi interes życia. Nasz bohater momentalnie wyczuwa, że trafia na żyłę złota i wchodzi w interes. Od tej pory zaczyna się nowa era w historii może nie świata, ale zachodniej półkuli na pewno.

„Narcos” to fantastycznie zrealizowana prawdziwa historia wojny Pablo Escobara z całym światem. Ten najbogatszy w historii dealer narkotykowy w latach 80- tych zalał Stany Zjednoczone kokainą. Dzięki temu potrafił zarabiać nawet 60 milionów dolarów dziennie! Robi wrażenie, co?

Kiedy zaczynasz zarabiać tak wielką kasę, a każdy oddaje ci pokłony należne największym, troszkę ci odbija. No przyznaj, że tak jest, co? Na dodatek pochodzisz z biedoty, musiałeś na każdym kroku udowadniać i wyrywać co swoje. A teraz jesteś tak bogaty, że musisz zakopywać gotówkę w lasach, na polach, bo nie masz co z nimi robisz. To co robisz? Nie zaczynasz mieć odpałów mesjanizmu? A jednocześnie, z czego nawet nie zdajesz sobie sprawy, niemal na każdym kroku wychodzi z ciebie potrzeba uznania, szacunku, akceptacji?

„Narcos” pokazuje nie tylko szaleństwo Pablo Escobara oraz funkcjonowanie słynnego narkotykowego kartelu z Medellin. To również historia Kolumbii, w której rozgrywa się serial. Kraj, którego prezydentem chciał być Escobar.

A kiedy jego marzenie, a raczej zachciewajka zostaje przerwana, rozpoczyna się historia obłędnego rozlewu krwi. Zemsty, która przesłoniła Escobarowi wszystko do tego stopnia, że zorganizował zamach na prezydenta kraju.

Fala przemocy, zuchwałości i zdziczenia Escobara byłaby taką sobie telewizyjną historią z przymrużeniem oka gdyby nie to, że zdarzyła się naprawdę i to stosunkowo niedawno.

„Narcos” ma jednak swoich cichych bohaterów. Policjantów oddanych swojemu państwu i rodakom. Ludzi, którzy wiedzieli, że są żywymi trupami, że za ich głowy wyznaczono odpowiednią cenę. Mimo to ryzykowali życiem swoim i swoich bliskich. Wiedzących, jak małe mają możliwości, jak niewiele mogą. A jednak. Rozumiejących, że aby wygrać muszą przejąć okrucieństwo swojego przeciwnika.

I to jest właśnie moc tego serialu. Narkotykowy watażka wydający wojnę całemu państwu oraz obrońcy tegoż państwa, w osobie niewielkiej grupy policjantów ryzykujących wszystko, wspartych przez kilku funkcjonariuszy amerykańskiej DEA.

Ten serial przypomina mi twórczość Martina Scorsese, gdy ten był w szczytowej formie. „Narcos” to opowiadana przez narratora historia, wyraziste postaci, doskonałe aktorstwo. Świetna forma. Cynizm. Brutalna walka Dobra ze Złem.

Tak. „Narcos” to wielki serial.

Przemek Saracen

Skomentuj

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)