To połowa kwietnia, a świat wokół wygląda, jakby zima przygotowała się do powrotu. No nic, trzeba iść do pracy. Idę spacerem, w końcu wydaje mi się, że to blisko.

Ruszam. Straszne różnice wzniesień. Nie wiem, jak te ich auta pokonują takie stromizny. Z czasem dopiero zauważę, że w przypadku Norwegów różnica między brawurą, a głupotą to semantyka.

Póki co mijam te ich zaczarowane drewniane domki: czerwone, białe, czasem sine i brązowe. Wszystko na jedno kopyto, nikt się nie wychyla. Nie ma tych naszych szaleństw architektonicznych. Wszystko skromne i drewniane.

Docieram w końcu do Adecco, gdzie przyjmuje mnie S. Dopiero później okaże się, że z całego kilkunastoosobowego personelu to najbardziej życzliwa, pomocna i kompetentna osoba.

Siadamy w kańciapie, gdzie otrzymuję umowę o pracę. Patrzę, kurczę, po norwesku. A przecież ja to tylko po angielsku. Na szczęście jest polska wersja. Czytam. O! Umowa na stałe, no bomba!

Do tego plik dokumentów, które potrzebne mi będą do starania się o uzyskanie bezterminowego pozwolenia o pobyt i pracę. To na tutejszym posterunku policji.

Patrzę więc: obok umowy o pracę umowa o wynajem mieszkania, pakiet powitalny, czyli informacje o Adecco, zasadach pracy, wynagrodzenia itd.

Kiedy już przyjdę z policji, muszę biec do skarbówki, gdzie muszę wypisać formularz o kartę podatkową no i zameldować się pod nowym adresem. Bez karty podatkowej pracodawca będzie pobierał z mojej pensji 50% wynagrodzenia. Oczywiście za rok urząd zwróci te pieniądze, ale czekać rok… No lepiej od razu.

Całe szczęście, że polskie Adecco wcześniej zabukowało mi na stronie udi.no wizytę na policji. Bez tego ani rusz, pamiętajcie o tym.

Dziś wygląda to nieco inaczej, bo teraz trzeba nie tylko rezerwować się w systemie, ale również ustalić datę i godzinę wizyty. Z kolei w przypadku karty podatkowej, bierze to na siebie pracodawca.

Są też takie przypadki, że obejdzie się bez zezwolenia, ale to już mały przekręt według mnie. Chodzi bowiem o to, że wtedy jesteś ściągany do pracy na trzy miesiące. A potem dostaniesz kopa w dupę i do kraju. Dlatego zanim wyjedziesz, dowiedz się o czas pracy.

Na policji czeka mnie kolejka. W okienku pracuje urocza murzynka, która pyta, czego od niej chcę. No jasne, że zezwolenia, mówię.

Kobieta bierze ode mnie papiery, kseruje, niespiesznie drukuje jakąś kartę (tam w ogóle wszystko jest niespieszne), podpisuje ją i wręcza. Jest! Zezwolenie!

Lecę do skarbówki, wypełniam druczek (co ważne, opisany po polsku), biorę numerek i czekam na swoją kolej. Pracownik patrzy, po czym mówi, że wszystko „bra” i „ha det bra”. No, „ha det bra” mówię, co mi szkodzi.

Teraz kolejny druczek. Zameldowanie. Formularz po angielsku. Prosty, czytelny, podobnie jak poprzedni, no banał.
Procedura podobna, podobne „ha det bra”.

Wracam do Adecco. Otrzymuję narzędzia, ciuchy robocze i wracam obładowany do nowego domu. A raczej pokoju w nowym domu. Muszę w międzyczasie coś wymyślić, bo okazało się, że nikt nie ma klucza pasującego do mojego nowego, pięknego miejsca zamieszkania. No ładnie.

Nie wiedziałem, że wszelkie formalności uda się pokonać tak szybko, a urzędnicy będą tak życzliwi i pomocni. Myślę, że to nie tylko kwestia kompetencji (potem okaże się, że są kosmicznie złe), co sposobu na życie.

Aha, okazało się, że wcale nie musiałem jechać na wariata, że jestem potrzebny „tu i teraz”. Mam parę dni wolnego.

Ku mojemu zaskoczeniu – płatnych.

Obejrzę miasto.

Przemo Saracen

Skomentuj

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)