reklama na szczycie wpisu

 

O „Norweskich Opowieściach” myślałem od jakiegoś czasu, ino nie bardzo wiedziałem, jak się do nich zabrać.

Wiadomo, napiszesz coś z przymrużeniem oka to zaraz paru nadętych kolesi zacznie cię glanować, bo przecież oni w tej Norwegii ciężko pracują, tyrają, upadlają się i w ogóle. I wszystko dla rodziny, rodziny panie.

No tak, tylko przez kilka lat również siedziałem w tej Norwegii i również pracowałem, tyrałem, upadlałem się i w ogóle. Też szukałem bezskutecznie po nocach litra wódki od Polaka. Tak, że luz, panowie i nie wciskajcie mi, jak to wielki balon szacunku wam się należy.

Cykl ten będzie krótkimi historyjkami z życia w Norge. O ludziach, zjawiskach, kontrastach. No słowem, co mi tam do głowy przyjdzie. Nie traktujcie tego poważnie, bo „Norweskie historie” będą lekkie. Tylko i tyle i aż tyle.

Jeśli cykl spodoba się, będzie fajnie. Jeśli będzie przyprawiał o fisia i pianę, najlepiej będzie nie czytać. Myślę, że to uczciwy deal. Zaczynamy!

Kiedy tak sobie siedzisz w kraju naszym i zastanawiasz się nad przyszłością stwierdzasz, że w tym kraju to raczej kariery nie zrobisz. I zaczynasz szukać, ale tak z głową. By wyjechać gdzieś, na legalu, z ubezpieczeniem, bo po co draki szukać. No i jeszcze tam, gdzie chociaż po angielsku z tobo pogadajo. Wiadomo, Polak na emigracji potrafi być męczący.

Szukam więc i widzę, że Adecco szuka zbrojarza. A że od jakiegoś już czasu uczyłem się tego fachu, bo miałem świadomość, że tam gdzie chciałem to szans raczej nie ma, to wysłałem cv. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po dwóch miesiącach otrzymałem od nich telefon. W sensie zadzwonili, nie sprezentowali.

Najpierw sprawdzili znajomość angielskiego, a co. Potem poprosili o numery telefonów do przynajmniej dwóch pracodawców, by uzyskać rekomendacje, a co (już w Norwegii dowiedziałem się, że rekomendacje poprzednich pracodawców są ważniejsze, niż suche dokumenty). Gdy już wszystko było cacy, zaprosili na szkolenie do swojego ośrodka pod Zakopanem. Ot, takie kilka dni, w ciągu których ponownie maglowali ze znajomości języka, szkolili pod kątem skandynawskiego bhp, przygotowywali na szok kulturowy, robili szkolenie z pierwszej pomocy.

W sumie fajna sprawa, bo jeszcze przed wyjazdem robią ci dokumenty niezbędne do pracy na budowie zagranico.

I czekasz na sygnał. Dostajesz kota, bo ukończyłeś szkolenie w listopadzie, a tu luty za pasem i nic, kompletnie nic.

Jeszcze nie wiesz, że jak w Norwegii śnieg piźnie, to nawet w czerwcu puszcza, bo gdybyś wiedział, to byś się tak nie sadził, lecz grzecznie czekał.

No ale nic, w pewien kwietniowy wtorek dzwonią do ciebie, że masz stawić się do pracy w czwartek, najpóźniej w piątek. No tak, po kilku miesiącach ciszy, czemu nie. I od razu masz wyjeżdżać. A tu przecież musisz pozamykać wszelkie polskie sprawy, załatwiać formalności, znaleźć połączenie, bo okazuje się, że nie jedziesz do Bergen, jak to być miało, lecz do Trondheim, co to jest w ogóle. A przecież bezpośrednich połączeń Polska – Trondheim nie było. O matkowmordęjeża!

Przecież nie wyczarujesz w dwa dni kilku tysięcy koron na przetrzymanie do pierwszej wypłaty, a bilet opłacić, a zakupy zrobić, a tonę mięsa i kiełbasy spakować? No weź.

Dobrze, że chociaż gwarantują ci mieszkanie, za które będą kasować 2000 co dwa tygodnie.

c.d.n.

Przemo Saracen


Nieustannie zachęcam Cię do nauki języka norweskiego. Dzisiejsza rzeczywistość nie jest w Norwegii łaskawa dla obcokrajowców, którzy nie chcą uczyć się lokalnych zwyczajów i poznawać języka. Dlatego dobra praca jest dla tych, którzy znają język.

Polecam Ci „fiszki” z materiałem, który można przyswajać praktycznie wszędzie. Powodzenia!


Skomentuj

1 KOMENTARZ

Skomentuj korzystając z FB, G+, Disqus lub tradycyjnego systemu komentarzy!