Gdybyś spytał/a mnie, co określa Norwegię, kiedyś zapewne opowiadałbym Ci o otwartości, Vinmonopolecie, gadulstwie i samochodach elektrycznych.

Jednak gdybym miał dziś określić krainę fjordów, użyłbym dwóch słów. Kuchnia. Dziwactwa. Ciekawe jest to, że w przypadku kuchni jedno nie wyklucza drugiego, a w przypadku takiego rakfisk, baranie jądra czy smalahove można używać tych słów zamiennie. Naprawdę!

Co z dziwactwami? No jest coś w Norwegach, że gonią za wszelkimi dziwnymi rekordami, nietypowymi rozwiązaniami. I nie mówimy tu o jakiejś niszowej grupce nastoletnich dziwaków chcących za wszelką cenę odróżnić się od rówieśników.

Po przeczytaniu niniejszej informacji nic już nie będzie takie samo.

Pewnego dnia do artysty Erika Pirolta zgłosiła się grupa biznesmentów z Kristiansand, z bankierami pochodzącymi z jednego z większych banków w kraju. Chodziło o stworzenie czegoś co, przyciągnęłoby w święta większą ilość klientów. O, na przykład świnię z marcepanu.

Jak pomyślał, tak ku błogosławieństwu kierownictwa banku zrobił. Czegoś mu jednak brakowało.

Świnia, choć duża nie była największa. Ani pod względem wagi, ani wielkości. Trzeba było coś wymyślić.

I tak narodziła się… kupa gówna. Słodkiego i jadalnego. Ku uciesze lokalsów rekord wielkości i wagi marcepanowej świni należy do Norwegii!

 

W końcu 875 kilogramów to nie byle co, prawda?

Przemek Saracen

Skomentuj

1 KOMENTARZ

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)