Dyskusje kulinarne skręcają czasami naprawdę w dziwne rejony. O ile mówienie o tym, że zjadło się taki a taki gatunek wołowiny rozpoczyna licytację na to, kto jest bardziej hipsterski, o tyle nieoczekiwane oświadczenie: „ten..tego…a…ja jadłem ostatnio…ekhmm…wieloryba” wywołuje niesmak porównywalny conajmniej z pierdnięciem w towarzystwie.

Niemal każdy widzi natychmiast obraz z filmu „Blue Planet”, gdzie filmowane z góry płetwale błękitne majestatycznie przemierzają morza w poszukiwaniu karmy. Albo tych prawie kanciastych kaszalotów o spojrzeniu dziecka.

I zaczynają się pretensje: jak tak możesz? Niszczysz planetę! Mordujesz i tak będącą na skraju wymarcia zwierzynę! No odechciewa się. I wtedy zamiast podzielić się wrażeniami, odpowiadam: tak, płetwal błękitny był wspaniały, soczysty, a krew tryskała mi z ust, gdy wyjadałem wnętrzności jeszcze żywego wielorybka.

Tymczasem jeśli chodzi o wielorybie mięso rzeczywistość nie jest już taka wspaniała i sprzedawcy tego przysmaku muszą posiłkować się legendami sprzed lat, by utrzymać wysoką sprzedaż.

Oczywiście płetwale błękitne, humbaki są pod ścisłą ochroną. To, co trafia na stół to płetwal karłowaty, który jest czymś w rodzaju szkodnika. Wiadomo, że wieloryb pożera wielkie ilości śledzia, dorsza czy seję. W tym momencie zaczynamy zdawać sobie sprawę, o co idzie.

To siedmiometrowe zwierzę wyrządza znaczne szkody rybakom, którym wieloryb ten niszczy sieci. Stąd decyzja o odłowie tego ssaka.

Mięso wieloryba jest elementem norweskiej kuchni od przeszło tysiąca lat i może dlatego tutejsze społeczeństwo tak bardzo broni swojego prawa do połowu tego ssaka. Kiedyś jedzono go w ten sposób, że gotowało się go i jadło z chrupkim pieczywem.

Wędzony wydobywa z siebie lekko metaliczny oraz rybi aromat, co jest efektem diety płetwala.

Dziś popularnym daniem jest po prostu smażony kawał mięcha. Jest ono bardzo ciemne, niemal czarne. Jest przy tym bardzo chude i łatwe w obróbce. Jest też na tyle elastyczne, że można je podawać praktycznie ze wszystkim.

Niektórzy mówią, że mięso wieloryba „jedzie” tranem. Może kiedyś tak było, ale teraz opracowano technologię rozbioru mięsa, dzięki czemu mięso jest czyste i pozbawione tranowej pozostałości.

Czasem, gdy macie szczęście, zwykle w okresie maja i czerwca, kiedy to zwierzęta są odławiane, możecie kupić świeży filet, bądź stek.

Ci, którzy mają mniej szczęścia muszą iść np. do Coopa i kupić za niecałe 120 NOK mrożone wielorybie steki o wadze 400 gram.

Wracając do domu na Boże Narodzenie postanowiłem, że tym razem zjemy wieloryba właśnie, chociaż po ohydnym, ale to ohydnym sztokfiszu nabrałem rezerwy do tradycyjnych przysmaków kuchni norweskiej.

No ale spróbujemy, w końcu i kuchnia musi być przygodą!

Jednym z pierwszych problemów było takie przygotowanie zakupu do drogi, by zbyt wcześnie nie rozmroził się. Co tu dużo mówić, kupa drogi przede mną, w samochodzie grzać wszak trzeba i bałem się, że mięso trafi do domu już rozmrożone.

W końcu wpadłem na najprostszy pomysł. Do sporego plastikowego pudełka włożyłem opakowanie z mięsem, po czym przygniotłem kamieniem przywiezionym z Kjeraga a następnie schowałem do zamrażarki.

Tuż przez wyjazdem przeniosłem moją mrożonkę do auta i w drogę! Powiem wam, że pomysł okazał się w pytkę dobry, bo gdyby nie to, mięso rozmroziłoby się i szkoda byłoby całej tej wielorybiej mitręgi.

Po rozmrożeniu okazało się, że mięso faktycznie jest bardzo ciemne. Jeśli miałbym do czegoś je porównać to do takiego pełnego, dojrzałego buraka czerwonego. Naprawdę piękna barwa. I ciekawa, gęsta konstystencja, przyjemna w dotyku.

Odpalam kuchenkę, stawiam na nią patelnię i wrzucam masło. Gdy nabierze temperatury smażę osuszone wcześniej mięso. Jak długo smażymy? Najprościej byłoby powiedzieć, że tak długo, jak uznasz, że trzeba. Ale przyjmy, że jakieś 4 minuty z każdej strony, przy czym traktuj to jako sugestię.

Nie nadużywamy przypraw. Prószymy solą, dodajemy odrobinę pieprzu pod koniec smażenia.

W międzyczasie zrobiłem sałatkę z tego, co było akurat pod ręką. Dokładnie nie pamiętam z czego, zatem musicie rzucić okiem na zdjęcie, co tam wylądowało na talerzu.

Generalna zasada jest taka, że wieloryba podaje się z gotowaną marchewką, z ziemniakiem, czerwoną cebulką, czy buraczkami albo z rzepą. Były to najbardziej popularne warzywa dostępne w surowym norweskim klimacie.

A ponieważ jako się wcześniej rzekło, wieloryba możesz podawać praktycznie ze wszystkim, zatem moim wyborem była surówka.

Zapytacie pewnie jak to smakuje?

Hm, jak by tu powiedzieć. Danie wieloryba to raczej krążąca wokół niego romantyczna legenda morskich wypraw, walk z tym wielkim ssakiem i świszczących w powietrzu harpunów. To raczej opowieści stanowią o wyjątkowości i smaku tego dania.

Zasiedliśmy więc z rodziną do wielorybiego obiadu. Sztućce poszły w ruch. Jemy, pies krząta się wokół ciekawy, co dziś mu skapnie ze stołu.

Pełni ciekawości, majestatycznie kroimy mięso na kawałki i powoli nakładamy do ust.

Powoli przeżuwamy chcąc docenić królewski smak. Przełykamy.

Milczymy. Jemy. Milczymy. Jemy.

-„Kurczę… – dukam po chwili – przecież to smakuje jak taka…taka dziwna wątróbka wieprzowa…”

Psu smakowało.

Przemek Saracen

Skomentuj

3 KOMENTARZE

  1. Hahaha, czytałam z wypiekami na twarzy, choć przyznam, że finał mnie w sumie nie zaskoczył 😀 To nawet wygląda jak wątróbka 😀
    Zawsze to jednak kolejna dziwna rzecz zjedzona 😉

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)