Można nie mieć słoni, krokodyli, czy lwów a mimo to cieszyć się powszechną opinią najlepszego zoo w kraju. Co wystarczy? Przepiękna aranżacja zieleni, czystość, harmonijna kompozycja całości, estetyka, wrażenie spokoju i pomysłowa ekspozycja zwierząt. Wizyta w opolskim ogrodzie zoologicznym to najprzyjemniejsze wydarzenie w historii naszych rodzinnych wypraw do zoo.

Na początek może małe wyznanie wiary: wyprawa do ogrodu zoologicznego to nie tylko oglądanie zwierząt, lecz refleksja. Nad sobą, nad światem, nad ulotnością natury. To wreszcie psychiczny reset, którego nie zastąpi żaden film, gra, alkohol, czy wypasiony gadżet. Chyba nie trzeba mówić jak pięknym doświadczeniem dla dorosłych dzieciaków jest obserwacja żywego zwierzęcia. Zoo przywraca dzieciakowi równowagę. Fascynuje i wykształca naturalną ciekawość świata. Prowokuje do zadawania pytań. Żadna fotografia, film i trójwymiarowy model nie odda obrazu majestatycznego goryla, czy walczących o jedzenie tygrysów bengalskich.

Decydując się na podróż do opolskiego zoo kierowaliśmy się przypadkowymi opiniami, jakie to zoo jest piękne, cudowne i w ogóle. Czytaliśmy te opinie z przekąsem, bo co takie Opole może dać lepszego niż Dvur Kralove (do którego jeździmy co najmniej dwa razy w roku), nie wspominając o czwartym na świecie ogrodzie zoologicznym w Pradze (z imponującą ekspozycją słoni indyjskich, czy niedźwiedziami polarnymi oraz ogromną wolierą sępów), który rozdziawił nam gęby swoim rozmachem, podejściem personelu do zwierząt oraz dbałością o detale. No co?

Ogród Zoologiczny Opole powstał w latach 30-tych XX wieku na terenie parku położonego na Wyspie Bolko, którego prywatny fragment zajmujący około 1 ha został przekształcony w zwierzyniec. W 1936 roku, ze względu na ogromną popularność tego miejsca, ówczesne władze miejskie udostępniły ZOO publiczności, jednocześnie opłacając jego utrzymanie. W czasie II Wojny Światowej zwierzęta zostały wywiezione do Niemiec, a zniszczenia spowodowały likwidację obiektu. Dopiero w 1952 roku powstał Komitet Odbudowy Zwierzyńca w Opolu, którego staraniem 22 lipca 1953 roku Ogród został ponownie otwarty zajmując powierzchnię 2,4 ha. Klatki i wybiegi budowano w czynie społecznym, a kolekcję krajowych zwierząt wzbogacano o rzadkie i egzotyczne gatunki. Ogromnym sukcesem okazał się pierwszy w Polsce przychówek niedźwiedzi himalajskich i walabii Benetta.

Wiem, zaraz krzykniecie: Wrocław! Afrykarium! No nie. W tym miejscu możecie przeczytać o naszych wrażeniach związanych z tym ogrodem zoologicznym, które w naszym odczuciu jeśli coś zaczyna przypominać, to cyrk.

No w każdym razie zapadła decyzja. Jedziemy do Opola. Przed wyjazdem zadzwoniłem do zoo (a była niedziela), by dowiedzieć się, jakiej możemy spodziewać się pogody. Niezwykla sympatyczna pani poinformowała nas, że nie jest może rewelacyjnie, ale jest ładnie, ciepło, generalnie w sam raz na zwiedzanie.

W 1998 roku ZOO odradza się kolejny raz. Krok po kroku oddawane są kolejne obiekty, budowane wg nowej koncepcji. Przebudowywana jest również kolekcja zwierząt. Po raz pierwszy do Opola zostają sprowadzone, żyrafy, nosorożce, pandy rude, mrówkojady oraz różne gatunki małp i małpiatek. Specjalizacją ZOO staje się hodowla pazurkowców, lemurów i zwierząt kopytnych. W 2002 roku powstaje żyrafiarnia, w 2005 – wybieg goryli, a w 2007 – basen z jedynymi w Polsce uchatkami kalifornijskimi. W 2011 roku zostaje oddany pawilon płazów – najbardziej zagrożonej wyginięciem gromady kręgowców, oraz nowa żyrafiarnia, gdyż świetnie rozmnażającego się stada żyraf stary obiekt już nie jest w stanie pomieścić.

Cóż, dużo nie trzeba było nam mówić. Wsiadamy do auta i w drogę!

Półtora godziny później wjeżdżamy na wyspę Bolko, bo na niej znajduje się właśnie zoo i przyznam Wam, że już sam ten fakt stwarza fajną atmosferę przypominającą park jurajski 🙂

Wjeżdżamy na bezpłatny parking znajdujący się w polu kukurydzy i idziemy (kto chce, może skorzystać z przestronnej darmowej toalety znajdującej się przy parkingu) afaltową dróżką w stronę rozpościerającego się przed nami lasu.

Dla wielu zblazowanych „podróżników” może nic ciekawego, ale dla nas świetne podglebie do tego, co nas czeka.

Przechodzimy mostkiem przez coś w rodzaju fosy i lądujemy w lesie, który okazuje się parkiem miejskim. Tabliczki kierują nas w stronę Zoo.

Wreszcie jest! Kupujemy bilet rodzinny, płacimy 50 zł za 4 osoby, kupujemy bardzo ładnie wydany przewodnik i w przyległej do kasy kafejce oddajemy się próżniactwu kawowemu (dorośli) i lodowemu (dzieci).

I wchodzimy.

Powiem wam tak… Obejrzyjcie sobie fragment „Parku Jurajskiego”, w którym na twarzach wiecznie zblazowanych bohaterów pojawia się ten dziecięcy uśmiech radości. No nic wielkiego, ale… Czują, że trafili WŁAŚNIE TU.

Wiecie, to jest tak jak podczas oglądania „Tańczącego z wilkami” – kiedy oglądasz poszczególne kadry nie potrafisz oddać tego uczucia, które w tobie siedzi. No nie potrafisz go nazwać, ale jest to coś, co możemy nazwać „pomiędzy wierszami”, „duchem miejsca” i tak dalej i tam tego.

Wiem, wiem – hardkorowi zoologicznego koksu, tacy co to zobaczą wymyślne konstrukcje zaczną sarkać i kpić. Tylko co mamy im powiedzieć? Że zachwycają się konstrukcjami? Że przysłaniają one to co najważniejsze, czyli stworzenia?

Pierwsze, co zobaczysz po wejściu do opolskiego zoo to… ogród. Pięknie zaprojektowany, czysty, zadbany i harmonijny. Pomysłowo urządzony.

Przykład? Ot takie pazurkowce, czyli maleńkie małpki. Niepozorne, ruchliwe brzydactwa, na które nie zwrócilibyśmy uwagi.

Tutaj stanowią pierwszą linię zwierzęcego frontu. I to dosłownie. Musisz się zmierzyć stając oko w oko z tą małą, krzykliwą małpką, która biega wokół ciebie, nad tobą, a przy odrobinie samozaparcia możesz przybić jej piątkę.

Bo nie oddziela was ani gram kraty. Jesteś u nich, rozumiesz? W ogóle prezentacja zwierząt jest niesamowita. Klatki? Jakie klatki? Kraty? Jakie kraty?

Bardzo ładna aranżacja zieleni i dyskretnie umieszczone elektryczne pastuchy tudzież system fos (przy gorylach, czy gibonach) tworzą pełne uroku wybiegi, sprawiające wrażenie harmonijnej całości.

Budzące respekt goryle. Zabawne gibony. Rewelacyjne juliany (lemury katta), które możesz odwiedzić na ich wyspie (chodzisz między nimi, albo inaczej – chodzą między tobą i patrzą na ciebie, jakbyś to ty był okazem do podziwiania), czysty, zielony i różnorodny wybieg zwierząt fauny Ameryki Południowej.

Banda kangurów, które spieprzają przed goniącym je emu, aż kurz leci im spod łap. I ten biedny emu, który w ostatniej chwili buksuje pazurami w piachu i nie może wyhamować i leci na glebę. Bo widzi, jak stado kangurów z miną kiboli gotowych do ustawki czeka na ptaszka.

Widać, że ktoś ma pomysł na to zoo. Pomysł jednak nie wystarczy, ważna jest realizacja i konsekwencja w dążeniu do celu oraz utrzymanie wysokiego poziomu jak najdłużej. A z tym mogło być różnie. Słynna powódź stulecia, która w drugiej połowie lat 90- tych zdemolowała ten obiekt mogła załamać każdego, podobnie kradzież tamaryn cesarskich, czy pożar pawilonu płazów. A jednak udaje się.

I nieważne, czy mamy do czynienia z pięknym pomieszczeniem dla pum, czy jaguarów, wyspą rozmnażających się flamingów, pomysłową ekspozycją uchatek kalifornijskich, czy powalającym oryginalnością wybiegiem „nieatrakcyjnych” susłów (idąc podziemnych korytarzem wychodzisz na środek wybiegu i tym samym stajesz się jednym z „eksponatów”), czy pawilonem bezkręgowców.

Pomysłowo pokazane żurawie. Piękne wielbłądy dwugarbne. Przestronne wybiegi hipopotamów karłowatych. Świetny wybieg dla łosi. Fajnie pokazana pasieka oraz zielnik spełniające edukacyjną rolę. No wszystko jest tu świetne. W ogóle mamy tu do czynienia ze świetnym pomysłem; możecie oglądać zwierzęta nawet z trzech różnych miejsc, co sprawia, że nawet „zwykły” tapir oglądany z różnych perspektyw zyskuje.

Najlepiej widać to w przypadku wybiegu dla wilków – możemy obserwować je tradycyjnie, przez szybę, ale również spod podziemnego korytarza, czy z platformy umieszczonej nad wybiegiem. Uwierzcie mi, efekt oglądania bawiących się niczym szczenięta tych groźnych zwierząt jest wart każdych pieniędzy.

Tu nawet ławki opowiadają historię. Jest ich mnóstwo, a każda ma wyryty inny obraz.

I gastronomia. Naprawdę robi wrażenie.

Wchodząc do karczmy „Pod dębami” jesteśmy w naprawdę przytulnej, ze smakiem urządzonej restauracji, gdzie dają jeść niedrogo i smacznie. Jest ciepło, miło i smacznie. Oczywiście są też rozstawione w różnych miejscach punkty gastronomiczne, gdzie za równie korzystną cenę możesz odpocząć i zjeść.

Porównywać z tym gastronomicznym padłem we Wrocławiu to jakby znęcać się nad leżącym, uwierz mi.

I tak do końca. Ale jeszcze zanim pożegnamy się z tym miejscem czas na lody. Nie, nie kręcone, nie gałkowe, nie z zamrażarki. Tajskie! Świeże, przyrządzane na miejscu z tego, co dusza zapragnie. Pyszne, pełne owoców, śmietany, ziół, no niebo w gębie. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Przepyszny akcent na koniec wizyty w przepysznym miejscu. Naprawdę spora porcja za dziesięć z hakiem złotych.

Zachwytom nie ma końca, bo i nie bardzo jest się do czego przyczepić. Widać, że dyrekcja zoo planuje nowe inwestycje.

Mają pojawić się lwy, pawilon z fauną i florą Polski, akwarium i tak dalej. Co ważne, w dotychczasowej formule, czyli konstrukcje nie przytłaczające otoczenia, uwzględniające formułę obiektu. Czyli naturalnie po prostu.

No dobrze. Jest minus. To dziecięce zoo. Mogłoby być lepsze, w sensie bardziej różnorodnie, lepiej wyeksponowane, bo jednak takie to po łebkach w odniesieniu do pozostałej części ogrodu.

Z drugiej strony rozumiemy, że wszędobylskie dzieciaki plus zwierzęta gospodarskie to ogromny stres i to niekoniecznie dla szkrabów. Z trzeciej jednak strony jeśli już ogród decyduje się na stworzenie takiego miejsca to musi się zdecydować. Albo rybka, albo akwarium.

Przecież niekoniecznie musi być tak, że dzieciaki mogą głaskać, tarmosić i drzeć się na te biedne owce, kozy, cielaczki, gąski, czy świnki. Wystarczy fajna ekspozycja, a przecież opolskie zoo ma zmysł do takich rozwiązań. Podpowiadamy rozwiązanie rodem z czeskiej Pragi. Tam dziecięce zoo jest taką po trosze wsią. Sielską, anielską. No.

Patrząc wreszcie z czwartej strony można skorzystać z parku linowego znajdującego się tuż przy minizoo. Pociechy mogą korzystać z tego przybytku ile chcą tyle, że jest to atrakcja osobno płatna. Szczegółowe informacje na ten temat znajdziecie TUTAJ.

Cóż możemy dodać? Opolski ogród zoologiczny jest naszym trochę niespodziewanym odkryciem, rewelacyjnym miejscem odpoczynku, w którym radość zwiedzania dzielona jest z uznaniem dla zaangażowania pracowników zoo, którzy doskonale wykonują swoją pracę.

Będziemy tu często wracać.

Podczas podróży powrotnej wymienialiśmy się uwagami na temat ogrodów, której zwiedziliśmy w ciągu minionego roku.

Podkreślaliśmy to, co w danym ogrodzie zwróciło naszą szczególną uwagę, wiecie – takie wisienki, dla których warto odwiedzić dane miejsce.

Wrocław – Odrarium.

Praga – sępy w tej wielkiej wolierze, w której stoicie oko w oko z tymi wielkimi ptakami; ekspozycja słoni indyjskich, niedźwiedzie polarne, ta wielka góra rozdzielająca zoo;

Warszawa – ten fajny nosorożec pancerny dający się pogłaskać, lwy, wreszcie ekspozycja panter śnieżnych. No i film „Azyl” – hollywoodzka produkcja, której bohaterem jest ten ogród zoologiczny, oraz państwo Żabińscy (w roli dyrektorowej Jessica Chastain), dyrektorskie małżeństwo ratujące żydów w czasie II wojny światowej.

Dvur Kralove – rekonstrukcja murzyńskich wiosek, safari, możliwość wjazdu między lwy, potężny wybieg hipopotamów, które czują się jak na wolności, czy te niesamowite żyrafy zaczepiające jeżdżących po safari turystów.

Borysew – białe wilki, „białe” tygrysy walczące o jedzenie.

No i opolskie zoo. Jest ono i wisienką i tortem w jednym. I mówimy to bez lipy – to skarb jakich mało!

 

Txt/Foto: Przemek Saracen

Informacje dotyczące godzin otwarcia ogrodu oraz cen biletów znajdziecie TUTAJ

 

Skomentuj

3 KOMENTARZE

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)