reklama na szczycie wpisu

Uwielbiam magię kina za to, że wychwalane filmy mogą okazać się gniotami, a te miażdżone przez krytykę potrafią zaskoczyć. W ubiegłym roku ogromną niespodziankę zrobiły mi „Piksele”, a w tym reboot „Pogromców duchów”, na którym opinie widzów nie pozostawiały suchej nitki. Film Paula Feiga wybronili jednak krytycy i bardzo słusznie, ponieważ to lekki, zabawny i przyjemny obraz, przeznaczony nie tylko dla fanów dwóch oryginalnych filmów z lat 80-tych.

Nic natomiast nie wskazywało na taki stan rzeczy. Decyzja o wyborze do składu Ghostbusters samych kobiet, z rubaszną Melissą McCarthy na czele i fatalne (naprawdę FATALNE) zwiastuny, za które ktoś powinien dostać dożywotni zakaz pracy w Hollywood, to tylko niektóre z czynników, które odstraszały mnie od inkarnacji Pogromców duchów A.D. 2016. Żywiony przeze mnie, gigantyczny sentyment do filmów z Billem Murrayem i Danem Aykroydem również nie chciał zostać spoliczkowany i opluty. Okazało się jednak, że obawy były bezzasadne.

Film Feiga wchodzi w ciekawy dialog z pierwowzorami Ivana Reitmana. Schemat fabularny jest tu skonstruowany podobnie, jak na remake czy raczej reboot przystało. W pierwszej kolejności formuje się skład. Wspomniana McCarthy redukuje swoje slapstickowe zapędy do niezbędnego minimum, grając głównie szybkimi dialogami. Świetnie kontrapunktuje ją bardzo zrównoważona Kristen Wiig. Trio uzupełnia kompletnie zwariowana i jak dla mnie najsłabsza i najbardziej irytująca Kate McKinnon. Z czasem do ekipy dołączy także Leslie Jones, potężna Afroamerykanka, udanie wpisująca się w stereotyp mało subtelnej, ale poczciwej silnej babki.

Pomiędzy aktorkami czuć chemię, a ich interakcje między sobą, a także pierwsze spotkania z nękającymi Nowy Jork duchami, często wypadają komicznie. I o dziwo nie jest to humor rynsztokowy. Nie ma wulgaryzmów, nie ma nagości, od czasu do czasu ktoś pokaże środkowy palec, ot typowa produkcja dozwolona od 13 lat. Oczywiście zdarzają się słabsze momenty (fatalna scena opętania jednej z bohaterek) i przestrzelone żarty, ale większość z nich „siada”, a niektóre nawet wymagają niemałej wiedzy i polotu, by je zrozumieć. Film jednak zaczyna błyszczeć dopiero, kiedy na scenie pojawia się Chris „Thor” Hemsworth. W roli pierdołowatego, głupiego jak but, ale uroczego i przystojnego recepcjonisty jest po prostu obłędny, a tego się nie spodziewałem. To świetna zabawa konwencją i istna parodia kultywowanego od dekad stereotypu głupiej cycatej blondynki za biurkiem. Dobrze też wypada Neil Casey jako główny antagonista, ale przez zbyt mało czasu ekranowego jego potencjał nie został do końca wykorzystany. Mocno kojarzył mi się za to z Peterem MacNicolem z „Pogromców duchów 2”.

Paradoksalnie, spory niedosyt pozostawiła we mnie obecność Billa Murraya, Dana Aykroyda, Erniego Hudsona (starzy Ghostbusters, niestety bez zmarłego w 2014 roku Harolda Ramisa), a także Sigourney Weaver. Coś, na co najbardziej liczyłem, okazało się w gruncie rzeczy mankamentem. Nie liczcie na to, że wcielą się oni w te same postacie, co kiedyś, a była to przecież idealna okazja, chociażby do symbolicznego „przekazania pałeczki” nowej drużynie. Nic z tego: poprzednia ekipa wciela się w przypadkowe postacie, a brak jakiejkolwiek reakcji widzów na ich widok (WSTYD!!!) dobitnie pokazuje, że może nawet nie było warto reanimować Petera Venkmana, Raya Stantza, Winstona Zeddmore’a i Dany Barrett. Mamy więc mrugnięcie okiem do garstki kinomanów z elementarną wiedzą, a dla tych mniej rozgarniętych na moment powróciły inne symbole poprzednich części: oldschoolowe logo Ghostbusters, żarłoczny Slimer, Piankowy Marynarzyk oraz kultowy motyw muzyczny. Oraz dowód na to, że kawałka Raya Parkera Jra pod żadnym pozorem nie powinno się remiksować.

O sile poprzednich części świadczyło m.in. świetne aktorstwo, ale i praktyczne efekty specjalne, które je świetnie uzupełniały. „Pogromczynie” nie mają takiego warsztatu jak stara gwardia, a komputerowa technika zabiła sporo tamtej magii z dawnych lat. Część duchów wygląda przeciętnie i mało przerażająco, inne wręcz przeciwnie – tu jest więc bardzo nierówno. Sytuację trochę ratuje całkiem przyzwoite 3D, nie zdziwcie się więc, jak ekran w pewnym momencie spróbuje obrzygać Was jakimś glutem.

Generalnie film nie męczy, chociaż mógłby być o kwadrans krótszy, wtedy zyskałby jeszcze bardziej i byłaby szansa, że słabsze momenty trafią pod nóż. Koniec końców to po prostu dobry letni blockbuster – bez szału, ale na pewno bez żenady. Produkcja Feiga oferuje coś dla fanów znanej marki, ale i nowych widzów bezboleśnie wprowadza w temat. Mam nadzieję, że na siebie zarobi, za wysiłek, jaki włożono w ten powrót do przeszłości. Ale chyba sequela oczekiwać nie będę. 7/10

Piotr Pocztarek

Skomentuj

2 KOMENTARZE

Skomentuj korzystając z FB, G+, Disqus lub tradycyjnego systemu komentarzy!