reklama na szczycie wpisu

Są takie filmy, do których uprzedzenia ma się już po samym zwiastunie. Są też tacy aktorzy, których nie sposób polubić za ich warsztat i za dotychczasową filmografię. „Randka na weselu” to właśnie taki film z takim aktorem. Na szczęście, czasem pozory mogą mylić.

Nie oszukujmy się, historia opowiedziana w filmie to amerykańska komedia dla młodych w najczystszej postaci. Dwaj bracia, Mike i Dave, od lat potrafią obrócić w perzynę każdą rodzinną imprezę. Teraz, kiedy ich ukochana młodsza siostra bierze ślub na Hawajach, panowie dostają od ojca jasny komunikat: mają znaleźć sobie grzeczne, ustatkowane dziewczyny i zaprosić je na wesele, aby miały na nich oko. Bohaterowie wpadają więc na genialny plan i zamieszczają ogłoszenie, po czym rozpoczynają swoisty casting na idealne partnerki. Kiedy anons trafia do sieci, a potem do telewizji, zainteresowanie przejdzie ich najśmielsze oczekiwania. Pytanie tylko, czy zwyciężczynie aby na pewno są takie święte?

Na relacji dwóch nowopowstałych par opiera się cały urok „Randki na weselu”. O dziwo, znienawidzony przez wielu Zac Efron potrafi oprzeć komediowe akcenty na swojej grze aktorskiej, a nie tylko na paradowaniu bez koszulki, czego najbardziej się obawiałem. Wspiera go świetnie radzący sobie w „Modern family” Adam Devine, natomiast obu panom partnerują piękne Anna Kendrick i Aubrey Plaza, których wdzięki i talent mogliśmy oglądać już w niejednej komedii.

Wiem, że teraz zapaliła Wam się lampka ostrzegawcza: czwórka młodych ludzi + Hawaje = niewyszukany humor. Otóż nie. Komedia opiera się na świetnych dialogach i grach słownych, oraz na wielu nawiązaniach do popkultury. Czasem miałem wrażenie, że bez dobrej znajomości filmów, seriali i celebrytów straci się bardzo wiele. Sporo tu też komizmu sytuacyjnego, natomiast twórcy obyli się bez rynsztokowego żartu i epatowania żenującymi dowcipami (no, prawie). Wulgaryzmów tu sporo, ale widać, że nie są wrzucone na siłę i pasują do bohaterów.

To wbrew pozorom całkiem niezły komplement, biorąc pod uwagę współczesne standardy, a właściwie ich brak. Nawet pomimo braku doświadczenia (to jego pierwszy kinowy film) Jake Szymanski jest w stanie znaleźć złoty środek pomiędzy wariactwem i jazdą bez trzymanki, a komizmem nieco bardziej stonowanym. Znajdzie się też miejsce na nienachalny morał, a bohaterów po prostu można polubić.

Koniec końców to przyzwoity film na wakacje, przeznaczony dla młodszych, w miarę ogarniętych widzów (rodzice i dziadkowie raczej ostentacyjnie wzdychali, nie rozumiejąc połowy żartów, a resztę uważając za mało wyszukane). Mam nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy widzimy na ekranie Mike’a i Dave’a, bo o dobra komedię teraz ciężko. Nie miejsce wygórowanych oczekiwań, a wyjdziecie z kina zaryczani ze śmiechu. 7/10

Piotr Pocztarek

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się materiał, zostaw komentarz, proszę :)