reklama na szczycie wpisu

Nadeszła Apokalipsa. A właściwie nadszedł, bo Apocalypse to starożytny mutant, podobno pierwszy, jaki pojawił się na ziemi. Mamy lata 80-te XX wieku, a on właśnie odradza się, by siać spustoszenie w najnowszej odsłonie przygód X-Men, w reżyserii weterana serii Bryana Singera. A to właściwy człowiek na właściwym miejscu, by dostarczyć fanom superbohaterskiego komiksu opowieść z wysokiej półki.

„X-Men: Apocalypse” rozwija wątki nakreślone w poprzednich filmach, a w szczególności skomplikowaną relację pomiędzy Charlesem Xavierem (świetny James McAvoy) i Magneto (Michael Fassbender). Ten pierwszy, idealista, wciąż marzy o pokoju pomiędzy ludźmi i mutantami, jednak o to trudno, kiedy ci drudzy sami stają się coraz bardziej podzieleni. Wspomniany Apocalypse dokłada do tego rozłamu swoją cegiełkę: zbiera zagubionych, pokrzywdzonych i nieszczęśliwych mutantów i pozwala im w pełni rozwinąć swoje moce.
A przy okazji chce zawładnąć światem…

Na drugim biegunie jest ukrywający się w Polsce (!) Magneto. Eric pracuje w Prószkowie w województwie opolskim i tam właśnie dojdzie do tragedii, która na zawsze zmieni jego życie. Ciekawostką jest fakt, że wszystkie fragmenty osadzone w kraju nad Wisłą raczą nas ojczystym językiem, a przynajmniej czymś na jego kształt. Wyobraźcie sobie Polaków siedzących w USA od trzech pokoleń, próbujących mówić po polsku. No właśnie. Chociaż to miły dodatek i z pewnością spotka się z uznaniem widzów za granicą, na przedpremierowym pokazie wzbudzał raczej śmiech widowni. Szkoda – fragmenty po arabsku jakoś nie wywoływały takiej dziecinady.

Próbowałem powstrzymać się od porównań, ale się nie da: w „X-Men: Apocalypse” również mamy do czynienia z czymś na kształt wojny domowej (Civil War), kiedy po przeciwnych stronach barykady stają dwie grupy mutantów: podopieczni Xaviera i buntownicy podburzani przez Apocalypse’a. Ich pojedynek będzie jednym z najmocniejszych punktów filmu. Nie pominięto też pierwszego spotkania Cyclopsa z Jean Grey (wypadło uroczo), debiutów pierdołowatego Nightcrawlera, pięknej Storm i seksownej Psylocke (ja chcę więcej!!!), czy gościnnego występu pewnego brutalnego mutanta, na którego wszyscy czekacie.

Odmłodzona obsada radzi sobie całkiem dobrze, przynajmniej na tyle, na ile pozwalają ich jeszcze mało rozbudowane role. Jednak fanom przygód X-ludzi będzie ciepło, kiedy znów objawi się moc Phoenix (bohaterka ma ogromny potencjał na kolejne filmy), włosy Ororo „osiwieją” a oczy zajdą bielmem, a Profesor X odpali Cerebro. Szkoda tylko, że nie wykorzystano potencjału postaci Havoka i (Arch)Angela. Paradoksalnie, najsłabiej wypada Jennifer Lawrence w roli Mystique i sam już nie wiem, czy to wina słabej aktorki czy zmęczenia postacią. Świetnie wypada natomiast Apocalypse (Oscar Isaac), który nie jest może najwyrazistszym czarnym charakterem w historii, ale w filmie Singera stanowi swoisty katalizator wydarzeń na ekranie. Jego spokojne, pompatyczne przemowy idealnie wpisują się w komiksowy kanon.

Efekty specjalne w większości robią bardzo dobre wrażenie swoją szczegółowością i feerią barw, która towarzyszy objawianiu się mocy mutantów. Widzowie znów otrzymają popisy Quicksilvera, tym razem spotęgowane, co oznacza że twórcy czytali recenzje poprzedniego filmu i wiedzą, co się w nim najbardziej podobało. Niestety, zdarzają się i wtopy – CGI czasem wali po oczach, rażąc swoją sztucznością i sterylnością. Można więc uznać, że ten segment jest w filmie po prostu nierówny. Nieustannie porywająca jest natomiast muzyka Johna Ottmana – to jeden z lepszych soundtracków, jakie ostatnio słyszałem.

Podsumowując, „X-Men: Apocalypse” to kawał świetnej rozrywki i godny następca poprzednich filmów, nieco ustępujący „Pierwszej klasie”, ale wciągający bardziej niż „Przeszłość, która nadejdzie”. Ba, zaangażował mnie bardziej niż „Wojna bohaterów”, a to już o czymś świadczy. Tak właśnie powinno się ekranizować komiksy. 7,5/10.

Piotr Pocztarek

PODZIEL SIĘ

Skomentuj

Dodaj komentarz