reklama na szczycie wpisu

 

Z parteru widać mniej, niestety. Choć z drugiej strony mieszkanie na parterze ma swoje miłe strony, co widać zwłaszcza wtedy, gdy trzeba wyrzucić śmieci (kiedyś, ten kontener, który widzicie z samego lewego brzegu fotki stał mniej więcej, gdzie ten maluch na parkingu), albo wyprowadzić psa na dwór.

Czasem wystarczy tylko wypuścić kundla i zostawić uchylone drzwi klatki schodowej. Takie wygodnictwo, no. A potem czekać przy komputerze, kawie, książce, zajęciach wszelakich na pukającego psa wracającego ze spaceru. Oczywiście rozwiązanie to jest przydatne jeno w przypadkach niecieczkowych, bo wtedy Snejk potrafi zniknąć na cały dzień. Gdy był młody, nie było go dwa dni, a po powrocie wyglądał, jakby ktoś przeciągnął go przed komin. Wrócił, nażarł się, wychłeptał dwie michy wody, po czym zasnął.

Wydawało się, że dziś pogoda będzie jako taka, czyli z domieszką słońca. No nie ma, niestety. Jest szaro, mokro i zimno. Akurat ładnie komponuje się z płynącą z głośnika muzyką “sątraku doskonałego”.

Całe szczęście, że jest co robić, bo nieprzewidywany dzień wolny potrafi rozbić rytm pracy i w ogóle rytm, jaki wypracował sobie organizm.

Wczoraj nie odwiedzałem skrzynki pocztowej, choć przechodzę obok niej codziennie- wystarczy wychylić się z mieszkania i postąpić kroczek, by być przed nią. No, ale jak mówiłem, nie chciało mi się.

Dziś za to widzę, że przyszedł podpit PITa ze stowarzyszenia “Civis Europae”. No tak, przecież skasowałem działę za przewodniczenie jury podczas pierwszego lubińskiego festiwalu filmowego, w który nagrodą był Złoty Strach Na Wróble.

Przyznam, że impreza, choć trochę partyzancka, była sympatyczna. Jak to na początku takich imprez. W każdym razie to fajnie, że w mieście, w którym oddolne inicjatywy spotykają się raczej z obojętnością i władz, a co najgorsze- samych mieszkańców, udało “znaleźć się” kilkunastu zapaleńców, którym chciało się chcieć.

Czas jednak wrócić do zasadniczego tematu tej notki, którą jest przecież widok z okna, prawda?
Po przeprowadzce z Polkowic niewiele zmieniło się. A to już dwadzieścia osiem lat, jak tu mieszkam, pardon, jestem zameldowany. Bo przecież bywało różnie.

Trawnik to własna robota. Czekanie na łaskę spółdzielni, która zdecydowała, że albo zrobi nam te trawnik, albo nie było nawet nie frustrujące, co wkurwiające. Aż dziw, jak pewne rzeczy wydają się trwałe- przecież do tej pory wiele prostych czynności administracyjnych uzależnionych jest od jakości kawy podanej kierownikowi, jego/jej humoru, czy od ilości alkoholu wprowadzonego do krwioobiegu.

W każdym razie któryś z sąsiadów załatwił ciężarówkę załadowaną ziemią ogrodową. W jeden dzień, wspólnymi siłami mieszkańców dwóch klatek udało nam się zagospodarować ten kawałek. Drzewa, które widać, nie rosną w tym miejscu od “małości”. Pierwszy z lewej rósł początkowo w miejscu, gdzie widać w pierwszym planie świerk. Jednak pewnej nocy ktoś widocznie źle spuścił wodę, bo pękła rura i trzeba było rozkopywać trawnik, a że było to w miejscu, gdzie rósł klon, trzeba było znaleźć mu nowe mieszkanie.

To drugie drzewko to wiśnia. Jest obecnie najwyższym drzewem rosnącym przed blokiem. Wisienkę wkopałem w górnym prawym narożniku trawnika, gdy mierzyła niespełna metr. Niestety trzeba było ją przesadzić ze względy na dzieciaki, których rodzice jeśli czegoś uczą, to na pewno nie szacunku dla natury.

Po przesadzeniu drzewka wkrótce nastąpiła wspomniana awaria. Jak widać moja wisienka znalazła się między młotem a kowadłem. Nie miała wyboru, musiała przeżyć. Zaczęła walczyć. Szybko pięła się, wygrała z klonem i tym drugim oprychem walkę o słońce.
Rósł też bez, ale na wskutek nocnych działań sąsiada z góry bez nieoczekiwanie znikł.

Idąc w dalszy plan widać z prawej strony boisko. Jest ładne, bo nowe. Niedawno w jego miejscu było klepisko, na którym dzieciaki grały w co popadnie. Teraz mają co robić.

Tego nie widać, ale po lewej strony nowego boiska było stare. To na nim, za łebka grało się w nogę. Zbierało się chłopaków z okolicznych bloków i zapieprzało ile wlezie. Przynajmniej trzech, czterech miało taki talent, że myślę sobie, że gdyby w pewnym momencie trafili na opiekuna, byliby dziś znanymi piłkarzami. Gdybać to sobie mogę.

Zwykle grałem na obronie. Lubiłem to. Nie mogło się normalnie przerwać akcji przeciwnika, to się sprawiało, że ten nagle zaczynał latać. Ech, jak piłka nożna potrafi wydobywać z ludzi ukryte talenty…

No i na koniec została nam szkoła. Nie powstała w okresie, w którym uformowało się blokowisko. Był plac, wgłębienie. Wystarczy sobie wyobrazić, że po zimie, lub po deszczu plac zmieniał się w kałużę obejmującej teren szkoły i boiska.

No proszę, zwykłe zdjęcie. Przystawiam komórkę do szyby i “pstryk”. Takie “byleco” a jednak kawał historii.

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz