reklama na szczycie wpisu

Lubię patrzeć na lecące wysoko samoloty. Takie malutkie, nierealne. Smuga za nimi tylko dobrze widoczna, a one same ledwo, ledwo. A przecież to wielkie maszyny. Siedzieliście kiedyś w takiej? No to wiecie, że ludzi tam sporo. I są jak najbardziej realni – 8, 9, 10 km nad nami. Lecą sobie tak spokojnie.

Zawsze zastanawiam się jak bym zareagował gdyby nagle taki samolot rozbłysnął i zamienił się w obłoczek dymu i nieregularne, spadające kawałki. Nie wiem. Myślicie, że mam jakieś chore myśli? Pragnienie sensacji? To posłuchajcie.

Długo broniłem się przed wojskiem. To były czasy kiedy NATO było naszym wrogiem.W końcu nie było już rady – poszedłem w kamasze. Nawet nieźle trafiłem – Leszno – artyleria przeciwlotnicza przezbrojona z dział na rakiety. Ciekawa służba. Po różnych perturbacjach na stanowiskach trafiłem wreszcie do tzw. KOW czyli Kabiny Odbioru Współrzędnych. To było serce baterii (tak w artylerii nazywa się kompanię). Tam trafiały wszystkie dane z radaru, tam były podłączone wyrzutnie rakiet, tam siedział dowódca kierujący pracą bojową i tam siedziałem też ja – obsługiwałem planszet – przezroczysty kwadrat podzielony na kwadraciki i opisujący niebo nad nami. A właściwie to, co się na tym niebie porusza.

Przez słuchawki podawano mi ciąg cyfr, który musiałem odczytać i umieścić w odpowiednim kwadraciku symbol samolotu – co jakiś czas następny i następny- łączyłem je liniami i tworzyła się trasa przelotu. Niekiedy tych samolotów było więcej – używałem różnokolorowych kredek. W tym czasie wódz prowadził tzw. pracę bojową. Wydawał komendy obsłudze radaru i wyrzutni. Rozmawiał z dowództwem pułku skąd przekazywano nam dane itp. Kiedy „śledziło” się taki samolot na koniec ulegał on „zestrzeleniu”. Zawsze.

Oczywiście była to tylko „zabawa”. Nikt nie strzelał rakietami – w Polsce w ogóle nie było odpowiednich poligonów. Na prawdziwe ostre strzelanie jednostka co jakiś czas jechała na poligon na pustyni Kyzył-kum. Ja nie miałem szczęścia na taki wyjazd się załapać.

Po półrocznej służbie żarty się skończyły. Trafił mi się po raz pierwszy tzw. dyżur bojowy. Przez dwa tygodnie, jedna bateria, w pełnym uzbrojeniu pełniła dyżur na straży polskiego nieba. Było to dublowanie parasola ochronnego stałych służb ochrony – niemniej traktowano to jak, cytuję: ”wykonywanie zadania bojowego w warunkach pokoju”. Oznaczało to nie mniej nie więcej, że biorących udział w dyżurze obowiązuje prawo czasu wojny. Spaliśmy wtedy w namiotach na terenie wewnętrznego poligonu jednostki. Pewnej nocy ogłoszono alarm. Zerwano nas wszystkich i zapędzono do sprzętu. Przywieziono nawet kadrę z miasta (oni spali w domach). Dość szybko zaczęliśmy śledzić różne samoloty. Cywilne mają wyznaczone korytarze i są zgłaszane – wiadomo z dość dużą dokładnością kiedy, na jakiej trasie, wysokości i kierunku będą leciały.

Ruch w powietrzu był spory. Było około pierwszej w nocy. Wódz dwoił się i troił i powtarzał, że coś się musi dziać bo takiego alarmu jeszcze nigdy nie przeżył. I w pewnym momencie faktycznie cos zaczęło się dziać. Od strony Niemiec nadlatywał samolot… obcy. Nie było go w zgłoszeniach. Kiedy zbliżył się dostatecznie sprawdziliśmy go systemem JSS (ja swój samolot) – każdy z samolotów paktu Warszawskiego był wyposażony w taki system i dawał się zidentyfikować jako swój, a nie wróg. Ten… milczał. I leciał jak po sznurku. Trajektoria wskazywała, że przeleci niedaleko nas. Od chwili rozpoczęcia śledzenia tego celu (tak – dla nas każdy z nich był CELEM) dowodzenie na szczeblu pułku przejął jego dowódca. To był nowy dowódca, pułkownik, który objął jednostkę kilka tygodni wcześniej. Jak się okazało nie miał doświadczenia w prowadzenia pracy bojowej. Ale tego wówczas nie wiedzieliśmy. Wydawał komendy zgodnie z procedurą.

Niezidentyfikowany samolot zbliżał się coraz bardziej i w końcu przekroczył granicę państwa. Mój wódz był coraz bardziej zaniepokojony. W chwili przerwy w rozmowach z dowództwem powiedział nam, że coś jest mocno nie tak. Że już dawno powinniśmy otrzymać informację, że to ĆWICZENIA i prowadzić je dalej. Tymczasem taka informacja nie nadchodziła. I stało się wreszcie to co było nieuchronne. „Cel w strefie” – usłyszałem meldunek wodza. Oznaczało to, że samolot jest już w zasięgu naszych rakiet. Po chwili padł rozkaz: „zniszczyć cel dwoma”. (Doświadczony myśliwiec może uniknąć trafienia jedną rakietą tego typu – przed dwoma nie zdoła się obronić). Zmartwiałem. Już chciałem wyskoczyć z pojazdu żeby zobaczyć jak startują te rakiety. Ale… zmartwiałem. Nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Przecież wiedziałem co zaraz nastąpi: wódz powtórzy ten rozkaz do wyrzutni i w chwile potem rakiety poooolecą. Popatrzyłem na niego. Nie uwierzycie: widziałem jak na jego czole tworzą się kropelki potu, które błyskawicznie zamieniły się w strumyki. Powinien nakazać zestrzelić ten cel. Przypominam: „wykonywanie zadania bojowego w warunkach pokoju”. Niewykonanie bądź kwestionowanie rozkazów oznaczało sąd polowy.

Nie wiem dlaczego (on zresztą też potem nie potrafił nam wyjaśnić dlaczego), zamiast wydać komendę startu zadał dowodzącemu jeszcze jedno (nie przewidziane regulaminem) pytanie: „ start bojowy czy ćwiczebny?” Cisza, która zapadła wydawała się trwać wieki. W końcu usłyszeliśmy spanikowany wrzeszczący głos szefa sztabu (już nie dowódcy pułku) ”ĆWICZEBNY! ĆWICZEBNY”. I tak też się stało. Rakiety nie poleciały. Samolot został zniszczony „na papierze”. Pułkownik popełnił błąd: nie dodał jednego słowa. Jego komenda powinna brzmieć „zniszczyć cel ćwiczebnie”. On, jak się potem dowiedzieliśmy, w momencie kiedy cel przekroczył naszą granicę został poinformowany, że to ćwiczenia naszej czujności. I on, przez swoją głupotę mógł być sprawcą wielkiej tragedii. Później powiedziano nam, że ten cel to był duży samolot pasażerski. 200? 300? Może więcej osób na pokładzie. Lecieli w kierunku Warszawy. I dolecieli. Sprawę wyciszono. Dowódca zniknął na jakiś czas – ponoć był na szkoleniu. Wrócił i nadal dowodził pułkiem.

Mój wódz był wtedy zaledwie porucznikiem. Zaryzykował, chociaż według wszelkich regulaminów nie powinien. Zaryzykował niewykonanie rozkazu i dopytał się szczegółów ( kilkunastosekundowe spóźnienie w takich warunkach daje szansę wrogowi na wykonanie różnych manewrów oraz wystrzelenie swoich rakiet – stąd konieczność wykonywania rozkazów natychmiast po odebraniu). Kilkaset osób zawdzięcza temu człowiekowi życie. I nawet nie wiedzą o tym. I chyba dobrze, że nie wiedzą.

Minęło wiele lat. Mnie nadal nachodzą myśli o eksplodującym samolocie. Co nie znaczy, że boję się latać – latałem już kilkanaście razy. I zapewne samoloty, którymi leciałem były namierzane. Mam nadzieję, że przez ludzi odpowiedzialnych.

Henryk Opatowiecki

fotografia: Paweł Bończak

Skomentuj

Dodaj komentarz