Umówmy się, że współczesną erę seriali możemy podzielić na tę sprzed „Breaking Bad” i tę po niej. Wiem, że wielu nie podziela tego poglądu, ale co zrobić. Uważam „Breaking Bad” za serię naprawdę genialną. Serię, po zakończeniu której śmiało można powiedzieć, że coś się skończyło, a następne seriale mogą jedynie próbować sięgnąć gigantowi może do kolan, bo wątpię, by można było wyżej podskoczyć.

Aż nastał „Fargo”. 10 – odcinkowa historia, która wydarzyła się w Minnesocie w roku 2007. Historia prawdziwa.

Serial rozgrywający się w rzeczywistości słynnego filmu „Fargo” braci Cohen, którzy w tym przypadku objęli nadzór nad realizacją serialu. Trzeba przyznać, że wyszło im to znakomicie. Ale po kolei…

Lester Nygaard był wieczną piczą, o czym wiedziało całe Bemidji. W sumie może dlatego był agentem ubezpieczeniowym, dzięki czemu ludzie z litości kupowali u niego polisy.

Tak czy siak był tu od zawsze. Jak niemal wszyscy w tej zapadłej mieścinie Minnesoty. Był więc niewolnikiem czasu i miejsca, w którym żył. W Bemidji – dziurze zabitej nawet nie dechami, co nieustającym śniegiem i mrozem. W mieście, w którym policjant to „Joe”, a sędzia to „Billy, którego żona piecze pyszne ciasto marchewkowe”.

A Lester? No cóż… Życie wiecznej piczy nie usłane jest róż płatkami. Od dziecka chorobliwie nieśmiały, prześladowany w dzieciństwie przez Hessa, który dziś jest poważanym przedsiębiorcą transportowym, właścicielem szczęśliwej rodziny – debilowatych synów i żony exbladzi wyrwanej gdzieś z jakiejś tańcbudy.

I żona. Wiecznie marudząca, że jej mąż to… No właśnie- „wieczna picz” krótko mówiąc. Co by ten jej nieszczęsny chłop nie zrobił, albo i zrobił- źle. Źle – źle – źle. I te nieustające wymówki typu: „mogłabym wyjść za tego, czy tamtego, on jest cud miód i orzeszki, ale nie, ja musiałam wybrać ciebie Lester, o nieeeeee”. No i żyj z takimi kamieniami u szyi i wątroby. Inna sprawa, że sam Nygaard nie zrobił wiele, by coś zmienić w swoim życiu, choć trzeba przyznać, że chciałby, oooooj chciałby! Ino jakiegoś palca bożego nie mógł spostrzec, nie miałby kto podpuścić go, zainspirować, cokolwiek co ruszyłoby go z kolein. To chyba o Lesterze pisał Witkacy: „Prawdziwa wielkość sama sobie cel znajduje”.

No cóż, być może Lesterowi dobrze żyło się z tym wizerunkiem poczciwiny, nad którym użala się całe miasteczko, a lokalna społeczność obejmuje go skrzydełkiem, jak dziecko specjalnej troski: „Tak Lester, wiemy, jesteś dobry, chcesz przytulić świat cały do serduszko, ino życie suką jest wszeteczną, tak.”

Traf chce, że pewnego pięknego, oczywiście pełnego brudnego śniegu dnia (pięknego być może dlatego, że na chwilę słonko wyszło, po czym schowało się za chmury) Nygaard trafia na swojego prześladowcę z czasów szkolnych – wspomnianego Hessa właśnie. To przerośnięte bobo postanawia bowiem pokazać swoim równie tępym synom, jak tatuś ćwiczył w młodzieńczych latach wieczną cipę, Lestera. I udaje się.

Po serii upokorzeń ofiara trafia do szpitala (a ze strachu przywala nosem w szybę tak, że łamie sobie ten piękny kinol, no nawet nie trzeba było bić chłopa) i poznaje Obcego. Spokojnego. Zimnego. Człowieka, którego ani jedno słowo nie wydaje się zbędne. Takiego, od którego bije coś niepokojącego, złowieszczego, zapowiadającego rychłą katastrofę…

Tak. To właśnie w efekcie tej rozmowy Lester postanawia zmienić swoje życie. Na skróty rzecz jasna. Przecież wieczna picz inaczej nie wybierze, to byłoby wbrew jego dotychczasowemu życiu.

Dochodzi do zbrodni. Wydarzenia nabierają dramatycznego charakteru. Kłamstewka zamieniają się w kłamstwa, a kłamstwa w rzeczywistość. Zło zaczyna panoszyć się z niepojętą siłą. Staje się tak proste, że aż oczywiste. W sumie człowiek zawsze lubił chodzić na skróty. Nikt nie każe nam być bohaterami, ale też nikt nie każe rozwiązywać naszych problemów w sposób ostateczny. Sztuka polega na tym, by znaleźć złoty środek – taki, by dwie strony jak najmniej ucierpiały.

Tylko co zrobić, gdy jedna i druga strona dąży do konfrontacji? Gdy sprawy wymykają się spod kontroli, a wieczna picz w panice i strachu postanawia jedną wpadkę zasłonić drugą? Daleko większą? Przy czym używając słowa „wpadka” nie określam nawet w połowie powagi sytuacji.

W każdym razie dzięki spotkaniu naszego Lestera z Obcym, senne, zapyziałe i wiecznie zaśnieżone Bemidji nigdy już nie będzie takie samo. Uczynione zło zmienia ludzi. Zmienia ich poczucie bezpieczeństwa. Zmienia ich pewność siebie i sprawia, że zaczynamy oglądać się za plecy w zwyczajnych sytuacjach. Dotychczasowa beztroska i życzliwość do obcych znikają.

Czasem bywa i tak, że uczynione zło rodzi bohatera. Nieoczekiwanego. Mało tego, sam bohater nie wie, że nim jest. A może po prostu ów bohater zawsze taki był – swojski, taki nasz, ale dziwny – bo był skrupulatny, ambitny, potrafił łączyć fakty i nie bał wysnuwać się niepojętych do tej pory hipotez.

I taka też jest Molly Solverson- miła, lecz zakompleksiona policjantka z nadwagą, która musi zmagać się nie tylko z protekcjonalnym traktowaniem przez szefa, ale jak to ambitna kobieta, z systemem, procedurami, tubylcami, którzy wolą siedzieć przy piwie i rozmawiać z „uroczym” Zdzichem. A że Zdzichu podejrzany jest o niecne uczynki? Eeeee – nie Zdzichu, on przecież uśmiecha się, odśnieżył staruszce chodnik, a w ogóle to wymysł złych ludzi. No gdzieeeee…

I taka Molly ma być bohaterem? Ma uratować miasto? Duszę jego i mieszkańców? A jednak.

Nie będę zdradzał więcej, wystarczy powyższy rys, który może zachęci Was do obejrzenia serii. Pamiętajmy, że nie da się oglądać „Fargo” jak kolejnego „zwykłego” serialu. To bowiem zamknięta całość, która oglądana „na spokojnie” zachwyca, ujmuje, sprawia poczucie bezradności wobec banalności zła, irytuje i bawi swym absurdem oraz jakby mimowolnie podanym czarnym humorem.

Tu każdy dialog jest na miejscu. Kompozycja kadru sprawia, że wydawałoby się proste ujęcia nadają smaku tej produkcji. W sumie każdy kadr można by oprawić w ramkę i powiesić na ścianę. O grze aktorskiej nawet nie ma co pisać, bo jest wyjątkowa. No, może bardziej, niż wyjątkowa, ale dziś to oczywistość. Jeśli powiem, że „Fargo” to w zasadzie dziesięciogodzinny film z najwyższej półki będzie to chyba najbliższe rzeczywistości. O tak.

Jeśli czegoś brakuje to jednego, górującego nad wszystkim bohatera. Rozumiem jednak, że materiał źródłowy, czyli prawdziwe wydarzenia nie pozwalały na to. A może po prostu jestem zbyt przywiązany do Waltera White`a, który w „Breaking Bad” dzielił, rządził i zamiatał.

Zostać Walterem mógł właśnie Lester (w końcu samego Waltera poznaliśmy jako niemal definizję piczy), który w pewnym momencie przechodzi przemianę, jednak w decydującej chwili wychodzi z niego właśnie ta piczowatość.

Podchodziłem do „Fargo” z dużym dystansem. Niby chciałem obejrzeć, niby nie – sam nie wiedziałem. W sumie fabularne „Fargo” jakoś mnie nie zachwyciło i zastanawiałem się, czy warto kraść sobie czas. W końcu ta godzina może mi się kiedyś przydać, prawda?

Poza tym umówmy się – jest tyle ciekawych rzeczy, którym można poświęcić czas, że naprawdę trzeba ostrożnie wybierać, co się ogląda. „Kurczę, no przynajmniej pierwszy odcinek zmęczę” – myślę – „jak będzie ok, to będę oglądał nasennie”.

I cóż… Tak jak, po trzech i pół minutach „House Of Cards” wiedziałem, że to jest to, tak w przypadku „Fargo” stało się podobnie. Z małą różnicą. Powiedzieć o „Fargo”, że jestem zachwycony, to za mało.

Mam tylko nadzieję, że drugi sezon serialu, którego akcja będzie rozgrywać się w 1979 roku co najmniej dorówna pierwszemu.

Tak, „Fargo” sięga „Breaking Bad” do pasa.

Przemysław Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

3 KOMENTARZE

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)