reklama na szczycie wpisu

Kiedy mój norweski szef spytał mnie jak mam na imię wykrzywił się niemiłosiernie, gdy przyszło mu wymawiać słowo „Przemek”. Siemek? Szamek? Prezmek? Hemek? Trzeba jednak przyznać, że po dwóch miesiącach nauczył się mówić perfekcyjnie i w jego głosie słychać było dumę, gdy witaliśmy się.

Nieprzypadkowo mówi się, że nasza języka, to trudna języka. Niestety coraz trudniejsza dla młodego pokolenia, które wyprawia istne cuda podczas messengerowej korespondencji.

To chyba z myślą o nich stworzyłem słownik nowoczesnego polaka, który nie znając dotychczasowego znaczenia słów nadają im nowy sens. Takie czasy.

Udało mi się wymyślić nowe znaczenie przeszło trzech tysięcy słów, jednak w wyniku eliminacji połowa odpadła. Z prostego powodu. Lata wcześniej podobny eksperyment przeprowadził kabaret „Elita”. Nie chciałem, by zarzucano mi plagiat, więc wyrzuciłem to, co dublowało się.

Język kształtował się przez lata i to co niegdyś było słowem prostym, normalnym i niewinnym dziś jest przegięciem i powodem do śmiechu. Wystarczy sięgnąć do lektur szkolnych, by znaleźć „lampasy kutasy” u Fredry lub „wargami zaruchała” Mickiewicza.

Dlaczego więc nie wspomóc się nowymi czasami, nowymi zawodami, zmieniającą się sytuacją społeczną i kontekstem i nie spojrzeć na takiego REDAKTORA. Przecież kiedyś był to poważny, elitarny zawód. Taka przepustka do wielkiego świata i powód do zazdrości. Mało tego, dzięki temu, że byłeś REDAKTOREM mogłeś wszystko. Wejść tam, gdzie normalni nie mogli, dostawać gifty, o jakich mogli marzyć. Ale to kiedyś. Teraz REDAKTOR ot ktoś, kogo nikt nie czyta, nie szanuje i nie lubi. REDAKTOR musi albo zmienić zawód, albo dorabiać sobie. Jeśli chce obrazać się w kręgu kultury i sztuki idzie na fuchy do teatru, albo gra ogony w serialach, czy reklamach.

Staje się zatem REDAKTOREM. Tak. REDAKTOREM 😉

Zauważcie, jak bardzo coraz młodsi ludzie używają języka zarezerwowanego dotychczas dla nas, starych. Idolem jest Popek i jego rampampampam i nie ma co dziwić się, że tematem rozmów nastolatków staje się seks oraz jedna z jego form, czyli PETTING. I teraz tak. Sam nie wiem, jak wybić małolatom z głowy to słowo i próbowałem przepoczwaczyć je w jakiś nowy słowotwór, lecz za każdym razem wychodziło mi palenie kiepów. PETTING. Tak. Ni to polski, ni to angielski, ni to popkowy. Sam już nie wiem.

To tak jak z nowymi zawodami, albo inaczej, z nowymi znaczeniami zawodów. Są tacy, którzy nie lubią prawników, a na ich wspomnienie zaczynają pocić się wytatuowane pod okiem łezki. To dla nich nowe określenie ADWOKATA, ale troszkę w innym ujęciu. Każdy wie, że na ADWOKATA, ale takiego dobrego, debeściaka stać nielicznych. Najczęściej sław. Dopiero wtego ADWOKAT broni sław. BRONISŁAW. Kumacie? No.

Zdarza się czasem, że muszę pójść do apteki. I tak patrzę sobie na wystawki. A na nich wysyp naturalnych leków. Ta, leków. Jakich specyfików, które oczywiście leczą raka i sprawiają że przyrodzenie wydłuża się, a ręka odrasta, ale wiecie, w ogóle to suplement diety, c`mon. I najczęściej środki te produkowane są przez zakonnice, braciszków, mnichów i innych znachorów w workach i sutannach. I myślę sobie wtedy. A przecież nie tak dawno taki przewielebny katabas skazywał na spalenia jedną z drugą właśnie za takie rzeczy. Że niby czarownica. Patrzcie, jak wszystko się zmienia. Ale dlaczego o tym mówię? Zauważyłe coś w rodzaju maści końskiej produkowanej przez prawosławnych zakonników. Zatem popów. Czy coś takiego. I nie pamiętam teraz, jak określa się tych znachorów. Ale od czego umysł lotny, który stworzył określenie na takiego cudaka. POPLECZNIK. Idealne hasło na ulotce: maść końską poleca twój POPLECZNIK. Może być? 😉

Polityka mnie nie tyka, chciałoby się rzec. Niestety, ostatnie lata pokazują, że nie mamy wyjścia. Dotyka nas i zwykle jest to zły dotyk, a uciec nie bardzo jest jak. Polityka jest jednak buraczano ziemniaczana, politykom jedzie z gęby cebulą, a spomiędzy zębów wyziera zepsuta kiełbasa. I nie mówcie mi, że to wzięło się znikąd. Wiem, jest w Polsce wielu ludzi identycznie wyglądających i zachowujących się. Ale ale!

W dużej mierze winny za to jest POTATO. Tak. Donald Tusk. POTATO. Jaka platforma taki tato. Ziemniaczany. A stąd prosta droga do kaczki w buraczkach.

No. Tom się napracował. Mam nadzieję, że chociaż trochę się podobało. Jeśli tak, skierujcie kciuka w górę i podajcie znajomym. Z góry dziękuję i do poczytania następnym razem!

Przemek Saracen

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się materiał, zostaw komentarz, proszę :)