reklama na szczycie wpisu

Do niedawna N. mieszkali na lubińskim Przylesiu. Teraz żyją na wsi. Ich obejście widać z daleka. Wchodzę w podwórze. W trawie kolorowe bloki piaskowca. Z prawej strony studnia, z lewej stara bryczka. W dali staw. Z domu wychodzi pan Józef- gospodarz. Handluje starociami. Wchodzimy do domu; ceglana posadzka, momentami wklęsła, na ścianach stare obrazy i fotosy.

W kącie pianino, rozstrojone. Obok drewniana maselnica, łopata do chleba. Wszystko jest tu stare i stylowe. “Starocie są zawsze modne. Praca przy nich to ogrom czasu. Trzeba jeździć nawet po złomowiskach, wysypiskach śmieci. Czasem dać dolę facetowi od skupu złomu”- mówi. Starociarzom wiedzie się różnie. Bywa, że tygodniami nie można nic sprzedać, a czasem jest tak, że podjeżdża klient i kupuje za 3000 zł.

Przyjeżdżają tu zwykle lekarze i prawnicy- nowa szlachta, która musi mieć insygnia. Wchodzimy do magazynu. Czuję specyficzny zapach- nie zaduch, nie stęchlizna. Trochę odpychający, lecz intrygujący. Przede mną las szaf i biurek, krzeseł. Przyrządy geometryczne przypominające narzędzia tortur. Protezy pełne korników. Kielichy, butle. Wszystko. Setki ludzkich, historii, łez i uśmiechów. Czekają na kupca, który dorobi im swój nowy, “lepszy” rodowód.

KRZESŁO PANI STENI

Zborowszczyzna na Ukranie. Dzieciństwo Stefanii Mirczuk było biedne, lecz pogodne. Praca w polu, zabawy z rówieśnikami. Wędrówki po mogiłach. Pełno ich wokół; taki kraj. Lata walk, podjazdów. Po każdej ulewie ziemia wymywała kości walczących. Kiedyś ojciec Steni przyniósł do domu krzesło. Masywne, ze zdobionymi nogami, z wygiętym w łuk oparciem. Prezent dla matki, Marii. Skąd je ojciec przyniósł, nie chciał powiedzieć. Od tej pory mebel towarzyszył Mirczukom. Gdy Maria lepiła pyszne pierogi, gdy robiła z dziećmi świąteczne ozdoby, gdy Stenia masowała matce obolałe nogi.

Zwykle po dzieciństwie przychodzi młodość. Zwykle. Stefania miała 16 lat, gdy jesiennym wieczorem przyjechali hitlerowcy. Miała parę minut, by spakować się. W domu była tylko matka. Ojciec poszedł z synami “na przemysł”. Płacz, uściski, rozpacz, strach. Pożegnanie.

Podróż w bydlęcych wagonach trwała tygodnie. Nikt nie wiedział, gdzie pociąg jedzie. Do smrodu, ścisku, zimna, do spania wśród martwych towarzyszy zdążyła się przyzwyczaić. Do tęsknoty- nie.

Stefania trafiła na wieś przy granicy niemiecko- francuskiej. Byli tam już Rosjanin, Francuzka i … Edek. Wszyscy byli robotnikami przymusowymi. Młodzi Polacy pokochali się, pobrali. Wrócili do kraju, zamieszkali w Ząbkowicach.
Czasem zdarzają się cuda: znaleźli się bracia! Ileż radości, łez… Ojciec zginął, matka zmarła. Bracia mieli do wyboru: wstąpić do UPA lub iść pod nóż. Uciekli. Udało im się zabrać trochę dobytku. Trochę przywieźli siostrze. Wśród rzeczy było krzesło! Wróciły wspomnienia. Dziś pani Stefania ma 79 lat, szóstkę dzieci. Mąż nie żyje- wylew. Ma ok. 700 zł emerytury. Sprzedaż krzesła pozwoliła przetrwać. A dzieci? Są…

Ważna jest wiedza o przedmiotach. Pan Józek miał kiedyś wpadkę, której do dziś nie może przeboleć. “Kiedyś, na giełdzie staroci sprzedałem coś, co wyglądało jak aparat do sztucznych rzęs, tyle że był bardzo duży. Pchnąłem to za 30 złotych. Kilka godzin później klient wraca i pyta, czy wiem co mu sprzedałem. A skąd miałem wiedzieć? Przyrząd dla olbrzymki? Okazało się, że to poszukiwany przez kolekcjonerów aparat do rozwierania końskiej szczęki. No. Klient odsprzedał go za 200 złotych. Frajerstwo kosztuje.”

PROTEZA KWATERMISTRZA HERMANA

Kwatermistrz ma klawe życie. Siedzi na tyłach, wydaje konserwy, gorzałkę. Albo mówi, że nie ma i żyje na koszt “szwejów”.
Franciszek Herman jest sierotą. Miał 14 lat, gdy jego rodzice spłonęli w pożarze. Jakiś szaleniec- a może wierzyciel- podpalił nocą gospodarstwo. Franka uratował… pęcherz. Wyszedł wcześniej do wygódki. Nie brakło złych języków, które posądzały malca o współudział w podpaleniu. Uciekł ze wsi. Zarabiał pomagając gospodarzom: pasał bydło, naprawiał dachy.

Dwa lata później wybuchała wojna. Wstąpił do armii- by być się. Za krzywdę, za złe języki, za brak rodziców. Ojczyzna? Czym jest ojczyzna dla dziecka, który patrzył na śmierć rodziców? “Kwaterka” okazała się zbawieniem. “Na początku byłem zły, lecz gdy zobaczyłem kolegów wracających z frontu w kawałkach, cieszyłem się”.

Wspomina ludzi z przestrzelonymi głowami, rozerwanymi wnętrznościami, bez nóg. Zmartwieniem Hermana okazało się załatwianie protez. Nie zawsze były, na początku ściągano je z trupów. Nie zawsze pasowały.

Jednak szczęście nie trwa wiecznie. Pewnego dnia pijany chorąży wystrzelił racę. Reakcja wroga była natychmiastowa. Pocisk trafił idealnie. Herman pamięta, że odzyskał przytomność w szpitalu. Obudził go smród własnej nogi. Trzeba ciąć! Rozpłakał się. Kilka miesięcy nosił protezę po jakimś Niemcu. Uwierała. Teraz leży w magazynie pana Józefa.

W cenie są rzeczy poniemieckie. Ostatnia zdobycz pana Józefa to oleodruk Adolfa Hitlera z 1941 roku. Przedmioty kresowego pochodzenia nie są w modzie. Ale będą, bo “towaru” jest coraz mniej. Na rynek wchodzą zaś nowi ludzie. Młodzi, butni, niekompetentni. Myślący, że praca w starociach to sam “miód”. Pan Józef twierdzi krótko: “Gdy przekonają się, że to harówa, problem zniknie. Przyjdzie taki młody, sprzeda poniemiecki szyld za grosze i psuje rynek. Ale to już niedługo. Jak szybko przyszli, tak szybko wyjdą”. Co miał na myśli- nie wiem.

ZEGAREK DOKTORA HORYNIA

Horyń był lekarzem wychowanym w poczuciu wyższości wobec ludzi. Ziemianin, lecz pojął za żonę prostą dziewczynę. Paradoksy. Rodzina to odchorowała, ale nauczyła się, że pochodzenie to nie wszystko. Gdy żołnierze Wermachtu weszli do posiadłości Horyniów, rodzina uznała, że to koniec.

Złowrogie ryngrafy ponuro świeciły w blasku świec. Okazało się, że dowódca jest ranny. Doktor zbadał Niemca. Rana nie była wielka, ale ból ogromny. By ratować sytuację, Horyń zagrał na zwłokę- udawał, że rana jest poważna, a operacja będzie długa. W podzięce otrzymał prezent: zdobiony zegarek ze swastyką na kopercie. Do południa żołnierzy nie było, znikli jak duchy. Nikogo nie zabili, nic nie zabrali. Szok! Parę dni później ktoś przywiózł wieść: sąsiednią wieś wyrżnięto, splądrowano. Dokonał tego oddział, który był u Horyniów. Niezrozumiałe są wyroki boskie. Jednak czego nie zrobił wróg, zrobili swoi.

Po wojnie Horyń zgłosił się do pomocy. Ktoś zauważył u niego zegarek. To wystarczyło, by stał się wrogiem ludu. Dziś gorzko wspomina swoje dzieje. Nie ma dzieci, żona zmarła na raka. Dlaczego pozbył się tak cennego zegarka? “Jakie wspomnienia, taki zegarek”.

Pani Halina, żona pana Józka narzeka, że starocie to niepoważna robota. Bardziej hobby, niż praca. Mówi, że czasami czuje się nieswojo, gdy jej mąż skupuje jakiś staroć. Czasem lepiej nie pytać, pochodzi. Szczególnie, gdy ma się do czynienia z czymś takim, jak

SZABLA OD KOMENDANTA

Szabla była solidna, austriacka. Prezent od cesarza Franciszka Józefa dla dziadka pana Bolesława- Wincentego, który otrzymał oręż za wierną służbę. Wincenty dorobił się szarży, ponoć dowodził w jednej z bitew I wojny światowej.

Wygrał, ale kosztem wielkich strat. Gdy służba dobiegła kresu, pradziadek Wincenty przeniósł się z rodziną do Wielkopolski, gdzie chciał dokonać żywota. Co z tego, skoro przez głupotę wyzwał na pojedynek sąsiada- też żołnierza- z którego odwagi kpił. Pech chciał, że przeciwnik ciął Wincentego po skroni. By uniknąć vendetty, syn Franciszek wrócił do Galicji. Wybuchła kolejna wojna, stał się volksdeutschem, został komendantem policji. Efekt był tak, że przez nienawiść rodaków musiał uchodzić. Pod koniec wojny przeniósł się z rodziną na Dolny Śląsk, a mroczna przeszłość szła za nim. Senior zmarł, ponoć ze zgryzot.

Głową rodziny został Bolesław. Spadek- szablę powiesił na ścianie. Jego syn, Krzysiek ukradł szablę i przywiózł do pana Józefa. Pan Bolesław jest na emeryturze górniczej. Chce odkupić szablę. Pokaże ją synowi- w więzieniu.

Proteza, krzesło, szabla, zegarek… Rzeczy, które kryją Tajemnicę. Ducha czasów, czasem klątwę. Są żywą historia. Zanim dorobimy historię kupionemu Starociowi, uszanujmy Jego dzieje.

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz