reklama na szczycie wpisu

Nastał względnie dobry dzień dla miłośników seriali, gdyż zakończyła się druga seria jakże żałosnego tytułu „The Strain”, po naszemu „Wirus”.

Ten zapowiadając się na całkiem ciekawe wizualnie i dramaturgicznie patrzydło zmienił się w lepioną na chybcika serię głupot, żenującego humoru i kretyńskiego aktorstwa.

Mogło być przynajmniej nieźle; początek (czyli od pierwszej serii) nie był jeszcze taki żły, jeśli przymkniesz oczy na parę nielogiczności (bo teraz to ten serial jest niemal definicją nielogiczności i głupoty), mógł wzbudzić w tobie ochotę na więcej.

Na nowojorskim lotnisku ląduje rejsowy samolot z Niemiec. Mimo wywoływań kotroli lotów nikt z załogi nie odzywa się. Panuje ponura cisza. Również ze strony pasażerów nie ma żadnego kontaktu. Okazuje się, że wszyscy zostali zarażeni tajemniczym wirusem, który rozwija się w formie glisty. Następnie nosiciel przepoczwarza się w coś w rodzaju zombie, jednak nie do końca, bo…

 

Okazuje się, że w ładowni samolotu znajduje się bogato zdobiona skrzynia z ziemią. I tu rusza właściwa część intrygi, bowiem wewnątrz skrzyni schowany był Mistrz. Prastare wcielenie zła pragnące podbić świat i zmienić go w piekło.

Rozpoczyna się polowanie na Mistrza. Niestety nie wszyscy o tym wiedzą, na razie wszyscy myślą o standardowej epidemii. Tylko stary właściciel lombardu zaczyna dochodzić do ponurej prawdy – zło obudziło się. Zło musi zostać zwalczone.

I zaczyna się.

Przyznam, że na początku oglądało się to dosyć ciekawe, w końcu za „Wirusem” stoi Guillermo del Toro. Jego niesamowita wyobraźnia była gwarantem, że będziemy świadkami niesamowicie atrakcyjnego widowiska, a brzydota piękna oraz piękno brzydoty będą nas zachwycać z odcinka na odcinek.

Do tego przeplatające się ze współczesnością retrospekcje głównych bohaterów, kiedy to poznajemy ich historię, motywacje, wydarzenia wpływające na to, co robią teraz. Tak, jest to ciekawe.

Niestety z czasem widać, jak bardzo jest to naciągane. I nudne. I tworzone na chybcika. Co z tego, że pieczę nad całością sprawuje del Toro, skoro całość zmienia się w groteskę. Natężenie absurdów przekracza wszelkie dopuszczalne normy, ilość sucharów sięga najlepszych polskich tradycji scenopisarskich. Postaci są – nawet nie o to chodzi, czy celowo przerysowane – żałosne w swym patosie, żałośni w swym luzactwie, żałośni w ogóle, ale to zapewnie nie tylko zasługa scenarzystów, co gry aktorskiej. A ta leży.

Ten serial jest tak fatalny, że nawet oglądanie go na przyspieszonym tempie powoduje irytację i nudzi, po prostu nudzi.

 

„The Strain” jest serialem głupim i żenującym. Szkoda na niego każdej waszej minuty. Niestety będzie trzecia seria, ale na nią już nie dam się nabrać. Oglądanie tego serialu jest gorsze niż oglądanie Macierewicza. A fe.

Przemo Saracen

Skomentuj

Dodaj komentarz