Pierwszy porządny film sportowy obejrzało już przeszło 700 tysięcy widzów, a większość z nich było naprawdę zadowolonych. Czy warto obejrzeć tę, jak mówią złośliwi „reklamę MMA”?

Warto, bo otrzymaliśmy, fajną, pozytywną rozrywkę bazującą na naturalności, szczerości przekazu oraz naprawdę fajnym zdjęciom i naprawdę dobrej grze aktorskiej.

Nigdy nie lubiłem sportów walki, a jednak taki „Rocky” to dla mnie kawał świetnego kina o człowieku, jego dążeniu do uzyskania równowagi, potem drodze do sławy, z czasem zmieniając się w chwilę upadku i powrocie na tron.

Te opowieści, w których przeciwnikiem jest nie rywal na ringu, lecz otaczający świat, który nas kształtuje stanowią trzon historii Rockyego. Boks jest tam raczej dodatkiem, taką wisienką na torcie, ale kiedy już jest pokazany, to klękajcie narody, tak to jest zrobione!

Nie lubię MMA, nawet nie próbuję. Owszem, jestem pod wrażeniem sukcesów polskiej wersji tego przedsięwzięcia, ale nie. Kiedy leci coś takiego w tv, zmieniam kanał. No nie lubię i już.

Tymczasem do polskich kin wkracza „Underdog” – historia upadku i powrotu czołowego zawodnika MMA, „Kosy”. Już samo to plus to, że nasi robili ten film powinno sprawić, że będę omijał ten tytuł z daleka. A na dodatek Janusz Chabior – aktor, który biorąc udział w tych całych gównach Vegi zniechęcił mnie do siebie. Coś mnie jednak podkusiło, i wiecie co? Kurczę, nie żałuję!

Fabuła jest prosta, a klisza pogania kliszę, ale tak trzeba. Bo jest to kino gatunkowe. Ono ma ci dać radość, odpoczynek, a przy okazji podać fajne, pozytywne przesłanie.

„Kosa” był legendą polskiego MMA, chodzącym pomnikiem, a jego dotyk niemal leczył. Niestety przegrał ze swoim wielkim rywalem, Danim Takajewem granym przez naturszczyka Mameda Chalidowa. Niestety przegrał głównie przez siebie, w wyniku czego stoczył się, wyruszył do rodzinnego Ełku i tam robił byle co. Znaczy, albo był bramkarzem w nocnym klubie, albo gościem naprawiającym lokomotywy. I jak to nasz polski Rocky toczy się codzienne życie, w którym bohater próbuje się odnaleźć.

 

 

W międzyczasie Takajew przygotowuje się do swojej ostatniej walki stanowiącej zwieńczenie jego kariery. Brzmi znajomo? Jasne, Takajew chce walczyć z „Kosą”, jako jedynym godnym przeciwnikiem.

Wiecie, najfajniejsze w tym filmie są relacje między bohaterami. Widać, że reżyser wiedział, o co mu chodzi. Wiedział, jak ma wyglądać konkretna scena, jak mają zachowywać się bohaterowie danej sceny.

Po prostu na ekranie widać, że ktoś tu ma łeb na karku i z żelazną konsekwencją idzie według założonego planu. W przypadku „Underdoga” – bardzo, ale to bardzo szczerego i naturalnego.

Eryk Lubos, jako „Kosa”, Chabior jako jego trener, nawet ta wkurwiająca w innych filmach Popławska jako pani weterynarz ratująca bohatera są naprawdę świetni!

W ogóle obsada, która zwykle doprowadza cię do szału tutaj sprawdza się bez zarzutu! Relacje między nim są naturalne, fajne – iskrzy między nimi.

A już kapitalnym rozwiązanie był Tomasz Włosok, jak kaleki brat „Kosy” – sceny z jego udziałem to czyste złoto!

Ale, ale – czy w takim razie mamy do czynienia z reżyserem zawodowcem, który poukładał te wszystkie klocki tak, że pasują do siebie znakomicie? No, może poza jednym kompletnie zbędnym wątkiem, no ale przymknijmy na niego oko. No nie.

Reżyserem jest Maciej Kawulski, współwłaściciel SKW, a przy okazji kompletny debiutant na stołku reżyserskim. I zachodzę w głowę, jak to jest, że facet, który nie ma doświadczenia w branży filmowej stworzył film, który nie tylko doskonale broni się, ale w niektórych przypadkach zmienia wizerunek niektórych aktorów!

Wiecie, w polskim kinie mamy tak doskonałych twórców, że potrafią zamienić w parodię najprostszy gatunek filmowy. Obejrzyjcie „Weekend” Pazury, który tak bardzo chciał być produktem gajoriczopodobnym, że zamienił się w żenującą parodię niedającą się obejrzeć do końca.

Tymczasem „Underdog” to w pełni świadome swoich zalet i ograniczeń kino! Jest tu wszystko, co tego typu film powinien zawierać; tematyka.

Upadły bohater, który szuka swojego miejsca w życiu. Koledzy, znajomi i rodzina mający wielkie oczekiwania.

System kontra jednostka (machina MMA kontra przygotowania „Kosy” do walki przypominające formalnie „Rockyego IV”).

Szanujący się rywale, dla których walka nie jest napierdalanką spod budki z piwem, a przeciwnik zjebem, którego trzeba zatłuc.

I finał, w którym bohater odzyskuje szacunek środowiska, przyjaciół i rodziny, a nade wszystko odbudowuje się w nim samym to poczucie bezpieczeństwa, tej wewnętrznej mocy i spokoju pozwalającego normalnie żyć, budować i kochać.

Oczywiście zawsze można powiedzieć, że widowiskowość walki nie jest taka, jak powinna, że za dużo tu ujęć w zwolnionym tempie, no ale umówmy się – czy w takim „Creed II” jakość pojedynku jakoś powalała? No nie. W „Underdogu” walka jest dodatkiem. Oczywiście niezbędnym i zwieńczającym, ale jednak dodatkiem. I to jest największa wartość filmu o MMA stworzonego przez ludzi z MMA.

Zmierzając do końca tego wpisu nie mogę nie wspomnieć o roli Mameda Chalidowa jako przeciwnik „Kosy”. Obawiałem się tej roli, ale spotkała mnie niespodzianka. Ten aktorski naturszczyk okazał się bardzo fajną, pozytywną, pełną takiej wewnętrznej godności postacią.

To nie jest facet dyszący gniewem, chęcią wdeptania przeciwnika w podłogę. Obserwujemy głowę rodziny, ojca. Człowieka, dla którego walka to coś więcej. Pokażcie mi drugie takie podejście do tego typu postaci w polskim kinie. Chalidow pokazał swojego bohatera wiarygodnie i nadał szlachetnego sznytu swojej dyscyplinie, której przecież nie lubiłem.

Niestety jest zgrzyt, a mianowicie wątek ruskiego mafioza. Jest on kompletnie zbędny i dodany na siłe. Jakby twórcy uparli się, że obecność złola była w tym filmie potrzebna. Na szczęście ten wątek pojawia się na tyle późno, że nie psuje nam to przyjemności filmu.

Aha, jak dla mnie zmieniłbym ścieżkę dźwiękową i dodał więcej mięsistego rocka, ale obecność „Helvegen” Wardruny wynagrodził mi brak ciężkich gitar.

Krótko mówiąc – jeśli czekacie na zaskakująco dobry polski film, po którym nie będziecie mieli poczucia straconego czasu, idźcie na „Underdoga”.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

1 KOMENTARZ

  1. Cieszy mnie Twoja uczciwa recenzja. … co do tego jak to możliwe cóż Kawula jest utalentowany i nie był sam – pozdrawiam . Producent 🙂

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)