Trondheim. Była wtedy zima i wracałem z pracy. Norwegowie, jak to Norwegowie: ha det bra i do przodu. Co tam kierunkowskaz. Tuż przed wjazdem na rondo jedna z tubylczych półciężarówek zajechała mi drogę. Nagle, bez wcześniejszej sygnalizacji.

Reakcja odruchowa. Uciekać. Nie ma czasu do namysłu. Po prostu skręcić i uciec grabarzowi spod łopaty. Ostatecznie rzuciłem się w bok i auto zjechało z drogi w zaspę.

Choć było chyba minus osiemnaście, wyszedłem z auta spocony. W tym samym momencie zauważyłem, że pięć, może sześć aut zatrzymało się na rondzie, a ich kierowcy podeszli do mnie i bez słowa zaczęli wypychać moje auto z zaspy.

Po chwili dołączyli do nich pozostali ludzie. Wspólnymi siłami udało nam się postawić z powrotem auto na szosę.
Serdecznie podziękowałem i po chwili ruszyłem do domu. Nikt na nikogo nie trąbił, nikt nie zareagował agresją na pojazdy, które stały na rondzie, bo ich kierowcy ruszyli mi z pomocą. Nikt nie patrzył na to, że jestem jakimś cholernym emigrantem dukającym coś w ich języku.

Wiedzieli. Wiedzieli, że są sytuacje, w których bezwarunkowo TRZEBA pomóc. No po prostu trzeba i już.

Przypomniało mi się to wczoraj, gdy byłem świadkiem sytuacji, jak pod Wrocławiem polski cham wymuszając na rondzie pierwszeństwo doprowadził do wypadku samochodowego, po czym uciekł. Na szczęście nie stało się nic strasznego poza kasacją słupka oraz odkształceniem drogowskazu, ale…

Jedziesz autem, zbliżasz się do ronda i nagle dosłownie wypierdala przed tobą jakiś gnój, który z jakiegoś powodu wymusza pierwszeństwo, w wyniku czego obracasz się, jak na karuzeli, kosisz słupek, uderzasz w drogowskaz, a on sam ucieka – no tak, zdarza się, można tłumaczyć, że kanalie zdarzają się.

Co jednak, gdy stoisz bezradnie, a kierowcy, którzy jadąc tuż za tobą byli świadkami tego zdarzenia i nawet skurwysyny nie zwolnią, by przez uchyloną szybę spytać czy wszystko ok, czy może trzeba w czymś pomóc?

Nie. Samochody suną jeden za drugim. Udają, że cię nie widzą. Nie istniejesz dla nich.

Powiedzmy to sobie wprost: niezależnie od sympatii politycznych jesteśmy skurwiałym społeczeństwem egoistów i roszczeniowców.

Chcemy, by ktoś za nas coś załatwił nie dając z siebie kompletnie nic. Mamy się za wszechmogących, którzy za nic mają bliźniego. Do momentu aż nam samym noga się powinie.

W pogoni za pkb, domem na kredyt, konsolą, samochodem w leasingu, czy kolejnym gadżetem zgubiliśmy empatię, człowieczeństwo i poczucie wspólnoty.

Jesteśmy narodem do dupy. Po prostu.

Przemo Saracen.

Skomentuj

1 KOMENTARZ

  1. Oczywiście, że tak jest przyjęte w Polsce i to do wyjątków należą ludzie, którzy w takich sytuacjach pomagają. Mieszkam już 12 lat w Irlandii, trochę się przekonałem że można żyć inaczej, że jak widzisz, że twój sąsiad nie skosił od dwóch miesięcy trawy, to warto do niego zapukać i spytać, czy mu czego nie potrzeba, bo prawdopodobnie stało się coś złego. Sam miałem taki przypadek: Skosiłem trawę sąsiada, bo porosły straszne chabyzie, a wydawało mi się, że dawno go nie widziałem. Miałem rację: Możliwe, że to był ostatni z bezinteresownych gestów pomocy, jakich ten człowiek doświadczył w życiu, bo tydzień temu dowiedziałem się, że zmarł na raka, a gdy kosiłem mu trawę, był od 3 miesięcy w szpitalu. Pewnie sam bym na to nie wpadł, ale dwa lata wcześniej ja doświadczyłem takiej bezinteresownej pomocy od innych sąsiadów- też dotyczyło to trawnika, który mi skosili (akurat byłem wtedy w Polsce). Tymczasem właśnie podczas wizyt w Polsce doświadczam takich sytuacji, gdy ktoś na mnie trąbi w chwili, gdy ja pozwalam się innemu pojazdowi włączyć do ruchu, jakby ta sekunda kogoś zbawić miała. O poważnej pomocy nie chcę się wypowiadać, gdyż podczas krótkich wizyt w kraju nie byłem na szczęście w podobnych sytuacjach, a wspomnienia sprzed 12 lat mogą być nieaktualne, więc skupiam się jedynie na zwykłej ludzkiej życzliwości i drobnych gestach poprawiających jakość życia wszystkich.

Zostaw komentarz, dziękujemy :-)