reklama na szczycie wpisu

 

Kiedyś wszystko było prostsze i nie mam tu na myśli dziecięcych lat, gdy nasz świat sprowadzał się do prostego postrzegania świata „Rodzice vs Dzieci” i tę nieustanną rywalizację, kto kogo przechytrzy. Brak telefonii komórkowej był jednym z nielicznych bonusów tej sytuacji, bo mogliśmy wycudowywać rozmaite powody naszych spóźnień, czy nieobecności bez obawy, że ktoś nas odpowiednio wcześniej sprawdzi. Wbrew pozorom problemem nie było zwolnienie lekarskie. Ważne było zdobycie odpowiedniego druczku, nawet zapisanego, bo w tamtych czasach hasło „aceton” było jednym z najpopularniejszych słów. Oczywiście wśród ludzi, którzy chcąc uniknąć klasówek produkowali zwolnienia lekarskie. Tak, wtedy był i zupełnie inny świat i zupełnie inna gradacja wartości. I zupełnie inny sposób radzenia sobie z problemami.

Mówią, że historia lubi się powtarzać. Inni mówią, że jako ludzie nie wyciągamy wniosków, że w pędzie do nowego, w pogoni za czymś lepszym prześlizgujemy się nad problemy, bo jakoś to będzie. Bo jesteśmy nowocześni, bo inny świat, bo ludzie stali się lepsi.

Czy aby na pewno? W swej masie jesteśmy gatunkiem głupim, leniwym, zarozumiałym. Jasne, zdarzają się wyjątki. Większość jednak jest jaka jest.

Nie chcemy zauważać, że w jakimś sensie powracamy do epoki Zimnej Wojny, a jednocześnie jej przeciwnicy przygotowują się do wspólnej wojny na wyniszczenie. Trochę złowieszczo to zabrzmiało, ale tak ma brzmieć i oby się nie sprawdziło. A przynajmniej w ostatniej części tego twierdzenia.

Zimna Wojna – czyli nieformalny podział świata na strefy wpływów Związku Radzieckiego i jego satelitów oraz tzw. Wolnego Świata, czyli demokracje zachodnie pod nieformalnym przywództwem USA – była z jednej strony jedną z największych patologii, ale z drugiej strony regulowała jakość konflikty. Strony wiedziały, czego spodziewać się i szachowały się wg ogólnie przyjętych norm. Oczywiście były jakieś odstępstwa od normy, jedni próbowali przechytrzyć drugich. Wyścig zbrojeń, wojna ideologiczna, sojusznicze manewry, bazy wojskowe, wyścig technologiczny, konflikty zbrojne na ograniczonej powierzchni w wybranych państwach. Podział państw na strefy wpływów (np. Niemcy, Korea). Wszystko to jednak miało na celu zachowanie względnej równowagi.

Zimna Wojna stabilizowała. Paradoksalnie człowiek wiedział, czego spodziewać się. Jasne, były jakieś propagandowe akcje o czających się za każdym rogiem imperialistach z jednej strony, a podłych komunistach, którzy tylko czekają, by wypatroszyć ciebie i twoje dzieci – to z drugiej strony. Czysta propaganda, normalnie „wina Tuska”.

Nastały jednak nowe czasy, Związek Radziecki upadł, kraje satelickie odzyskały niepodległość, zachłysnęły się w swojej zwierzęcej nienawiści do niedawnego okupanta i narzuciły dobrowolne chomąto „zachodu”. Nie mnie wartościować, oceniać, kpić i szydzić, jednak bezrefleksyjne przyjmowanie zachodnich rozwiązań w kompletnie nieprzystających do nich rzeczywistości jest faktem.

Sowieci stali się Rosjanami, armia poszła w rozsypkę, a broń z dnia na dzień znalazł nowych nabywców. Radzieccy specjaliści poszli w „prywatkę”. Nikt nie potrafił opanować tego rozszalałego żywiołu, a może nikt nie chciał. W międzyczasie Chiny osiągnęły status globalnego mocarstwa, Stany Zjednoczone rozpętały piekło na Bliskim Wschodzie. Zimnowojenny podział i względne poczucie stabilizacji poszły w ch… Brakuje w tej rozrzuconej układance jeszcze jednego elementu, ale o nim za chwilę.

Możemy wściekać się na rządy Putina w Rosji. Możemy porównywać go do Hitlera i cierpieć na fejsbukach i twitterach. Oburzamy się na jego postępowanie względem państw będących kiedyś częścią Związku Radzieckiego. Spójrzmy na to inaczej, jak na działanie zmierzające do zachowania tej zimnowojennej stabilizacji. Oczywiście, że nie będzie to wierne odtworzenie tamtej sytuacji. Przecież Rosja świadczy na rzecz USA  – jako jedyna – usługi w kosmonautyce na przykład. Dostawa ropy i gazu do krajów Unii Europejskiej sprawia, że Rosja ma zapewniony byt na szereg długich lat, a przecież rosnące nakłady na zbrojenia skądś muszą się brać, prawda?

Niemniej myślę, a raczej jestem pewien, że Rosji uda się w jakiejś części przywrócić zimnowojenny ład. Chociażby w zakresie strefy wpływów. Czas pokazał, że bezkarne panoszenie się jedynego mocarstwa tylko pozornie zapewnia spokój. Tylko porozumienie dwóch wielkich władców, no może, trzech – przecież są jeszcze Chiny zapewni spokój.

I tym nieodkrywczym stwierdzeniem mógłbym zakończyć, gdyby nie brakujący element układanki, o którym wspomniałem: Państwo Islamskie.

Jakoś mam przeczucie, że służby i Rosji, i USA przewidziały, że jeśli grozi nam rzeczywisty konflikt, to właśnie z wojującym islamem. I jeśli dzisiejsze przepychanki między światem zachodnim, a Rosją postrzegane są jako irytujące opinie publiczną rozgrywki o ziemię i ludzkie życie, a to wg mnie stoi za tym powolne, stopniowe i metodyczne oczyszczanie pola pod porozumienie regulujące strefy wpływów, może wymianę danych wywiadowczych. No nie wiem co jeszcze, w końcu nie jestem Jackiem Pałasińskim.

Nie zdziwię się, gdy w tym już odbudowanym świecie geopolityki, w którym gracze będą znali swoje role, rozpoczną się plany – powiedzmy to wprost – zniszczenia Państwa Islamskiego.

Oczywiście całe to moje pisanie może okazać się nic nie warte, a wielu potraktuje to jako bełkot wariata. Może. Z tym, że wcale nie upieram się przy swoim zdaniu, nie będę go specjalnie bronił, ani namawiał do przyjęcia tegoż. Kiedy tak sobie patrzę z boku na to, co dzieje się na świecie i konfrontuję z tym, co było – no cóż. Lekko nie będzie.

Przemo Saracen

Skomentuj

Skomentuj korzystając z FB, G+, Disqus lub tradycyjnego systemu komentarzy!